Ten horror miał 100 proc. pozytywnych recenzji. Poszedłem do kina, by sprawdzić, czy jest taki dobry

Bartosz Godziński
21 czerwca 2022, 19:12 • 1 minuta czytania
"Czarny telefon" odstraszył mnie trailerem, ale skusił opiniami krytyków. Rzadko przecież zdarza się, by horror miał same pozytywne recenzje. Film powstał na podstawie opowiadania Joe Hilla, syna Stephena Kinga, w jedną z głównych ról wcielił się Ethan Hawke, a reżyserem został Scott Derrickson. Miał więc zadatki do bycia najlepszym horrorem 2022 roku. Tak się jednak raczej nie stanie.
"Czarny telefon" to horror z Ethanem Hawkem na podstawie opowiadania Joe Hilla, syna Stephena Kinga Kadr z filmu "Czarny telefon"

Obserwuj naTemat w Wiadomościach Google


Nie oglądajcie trailera "Czarnego telefonu" (chyba że bardzo musicie). Nie dość, że pokazuje praktycznie całą fabułę, to może was zniechęcić do oglądania. Przynajmniej na mnie tak zadziałał: wyglądał jak kolejny taśmowo produkowany horror z popularnymi motywami (klaun-porywacz, dzieci jeżdżące na rowerach na przedmieściach, żółty sztormiak - gdzieś już to widziałem...), a wręcz nieśmieszny pastisz.

I normalnie olałbym ten horror lub poczekał, aż trafi na Netfliksa, ale nie mogłem przejść obojętnie obok oceny na Rotten Tomatoes - 100 procent (tyle miał, gdy szedłem do kina, teraz ocena spadła do 84 proc.). To serwis dzielący recenzje na pozytywne i negatywne i zbierający je do kupy. "Czarny telefon" miał jeszcze w weekend 23 opinie krytyków (m.in. z Hollywood Reporter, indieWire, TheWrap) i wszystkie były na plus.

Strona jednak często wprowadza w błąd, bo maksymalny wynik nie oznacza, że dany film to arcydzieło, ale może mieć przewagę ocen nieco ponad średnią (np. 3,5/5). I tak też jest tym razem. "Czarny telefon" jest średniakiem, ale idealnie sprawdza się jako wakacyjny horror.

O czym jest horror "Czarny telefon"? Film miesza motywy paranormalne z opowieścią o seryjnym mordercy

Opowiadanie Joe Hilla jest lekko inspirowane historią Johna Wayne'a Gacy'ego (swoją drogą polecam serial true crime na Netfliksie o tym zwyrodnialcu, który zresztą też był pierwowzorem Pennywise'a z "To" Stephena Kinga), ale i nastrojami społecznymi z końcówki lat 70., kiedy Ameryka żyła zaginięciami dzieci i nowym typem przestępcy: seryjnym mordercą.

Główny bohater opowiadania to 13-letni Finney, który już na początku zostaje porwany przez dziwnego klauna (klauny są z zasady creepy, ale ten dodatkowo ma w asortymencie czarne balony) i przetrzymany w piwnicy. Jest kolejnym zaginionym chłopcem w tej okolicy, a całość ma miejsce w 1978 roku. Nowela jest krótka i prosta, ale ma fajny paranormalny patent związany z tytułowym czarnym telefonem. Nie będę jednak go opisywał, by nie psuć wam zabawy.

Film trwa dwie godziny, więc naturalnie rozwija opowiadanie o wydarzenia dziejące się przed porwaniem, wątki innych bohaterów np. bystrą siostrę Finneya – Gwen, która jest swego rodzaju medium, a także akcję dziejącą się w domu kidnapera. Największa zmiana zaszła właśnie w jego postaci – nie jest stereotypowym klaunem (przedstawia się jako iluzjonista) i nosi maskę diabła, ale fani oryginału nie powinni być zawiedzeni, a wręcz przeciwnie. Ethan Hawke odwalił kawał doskonałej roboty – jest odpowiednio niezrównoważony, a jego gestykulacja i ciągła zmiana tonu głosu sprawiają, że naprawdę nie chcielibyśmy się znaleźć w jego piwnicy.

"Czarny telefon" - recenzja. Audiowizualnie i aktorsko to horror z najwyższej półki.

Już od pierwszych chwil wiemy, że mamy do czynienia z wysokobudżetowym horrorem. Realizacyjnie to film z wysokiej półki - nie tylko w swojej kategorii. Największe wrażenie na mnie zrobiło udźwiękowienie (chociażby pod tym względem warto się wybrać do kina) i upiorna muzyka, a także kolorystyka - nie jest tak barwnie, jak w typowych filmach osadzonych w tamtym okresie i nawet sceny dziejące się za dnia, przy bijących promieniach słońca, są takie jakby mroczne.

Ethan Hawke to doświadczony i uznany aktor, więc moje zachwyty nad nim były do przewidzenia. Jednak również dzieciaki wywiązały się świetnie z przecież niełatwego zadania - zarówno grający Finneya Mason Thames (zwiastuję mu wielką karierę), jak i jego filmowa siostra Madeleine McGraw. Zawsze się zastanawiam, czy granie w horrorach w tak młodym wieku nie siada na psychice, a w tym wypadku szczególnie, bo jest jedna mocna scena w finale z udziałem 13-latka i porywacza.

Moim zdaniem "Czarny telefon" wypadłby lepiej, gdyby był wyłącznie thrillerem o seryjnym porywaczu dzieci. Początkowo mamy wrażenie, że to będzie właśnie taki film. Ma nawet sporo z surwiwal horroru spod znaku "Piły". Zmagania Finneya, który próbuje się wydostać z więzienia, są pełne napięcia, bo sami główkujemy, co zrobilibyśmy na jego miejscu. Można nawet powiedzieć, że film pokazuje różne formy przemocy wobec dzieci, bo te cierpią nie tylko z powodu psychopaty kręcącego się w okolicy.

Paranormalne momenty, choć rzecz jasna musiały być, bo tak było w opowiadaniu, jakoś psuły mi opowieść i czasem były dodane jakby na siłę (np. chamskie jumpscare'y). Tak jakby reżyser Scott Derrickson nie wiedział, jaki chce zrobić film. Czy bardziej skupić się na realizmie, czy oddać fabułę elementom urban fantasy. Wyszedł więc taki misz-masz, który sprawia, że "Czarny telefon" może nie siąść zarówno fanom rasowych horrorów, jak i filmów kryminalnych lub true crime.

"Czarny telefon" nie jest ani rasowym horrorem, ani thrillerem. Czy warto go obejrzeć w kinie?

I jak to na horror przystało, film nie uniknął też błędów logicznych - dzieciak kombinujący w piwnicy robi nieraz taki hałas, że powinno go słyszeć całe osiedle, w tym oprawca siedzący piętro wyżej. Nie znamy też motywów stojących za samym porywaczem. Wiemy, że jest zdrowo chory, ale dlaczego to robi i to w taki sposób? To pozostaje w sferze domysłów (ja mam swoją teorię dotyczącą jego dzieciństwa, jak zawsze), a może po prostu chodziło o to, by pokazać, że zło nie zawsze ma konkretny motyw.

"Czarny telefon" po obejrzeniu trailera zdecydowanie przerósł moje oczekiwania. Jest porządnie zrealizowany i zagrany, a trochę przeciągany środek filmu zostaje nam wynagradzany w emocjonującym finale. Ma też jeden świetny zwrot akcji, którego nie było w opowiadaniu. Nie jest jednak typowym horrorem i przez to może pozostawiać niedosyt, bo nie jest wystarczająco straszny. Wyszedłem z kina lekko zawiedziony, ale i zadowolony, więc na pewno nie uznaję tego czasu za stracony.

Czytaj także: https://natemat.pl/419980,horrory-na-netflix-zapowiedzi-lista