W ramach podsumowania wakacji napisałem kilka słów o rybach. Jestem człowiekiem, który spędza urlop nad wodą i zawsze wtedy staram się skorzystać z szansy zjedzenia świeżej, lokalnej ryby. W tym roku odbyłem kilka wyjazdów biznesowych oraz wypoczynkowych i okazuje się, że kwestię ryby bałtyckiej i słodkowodnej można określić jednym słowem: dramat. Na palcach jednej ręki mogę policzyć miejsca, gdzie udało mi się zjeść świeżą rybę.

REKLAMA
Na pewno są na wybrzeżu restauracje z dostępem do świeżej ryby bałtyckiej i jeziorowej w sezonie wakacyjnym. Ale głodny turysta spacerujący po centrum szybko staje przed problem, który ma kilka aspektów. Nadmorskie kurorty latem przeżywają najazd Hunów. Głodne tłumy chcą jeść, ale w słoneczny dzień, na przykład na monciaku w Sopocie, nawet na zapiekankę czeka się 1,5 godziny. Restauratorzy i właściciele punktów gastronomicznych przygotowują się na ten okres cały rok. W ciągu 2-3 miesięcy mają zarobić na całą resztę roku. Każda knajpa zapewnia, że w ofercie ma świeże ryby, przy czym serwuje dorsza bałtyckiego w lipcu, kiedy trwa okres ochronny na ten gatunek. Godzę się na to, jeśli ktoś jest na tyle uczciwy, że informuje mnie, iż jest to dorsz atlantycki. Albo że jest to ryba mrożona. Chodzi tylko o uczciwą informację. Wiadomo przecież, że restauratorzy mają pomagazynowane tony mrożonej flądry z całego roku, którą latem muszą sprzedać. Tak wygląda rynek.
A ryb w Bałtyku nie ma dużo. Mamy zbyt wiele jednostek rybackich, które są nastawione na zysk. Żeby go osiągnąć, często stosują rabunkową politykę – odławiają za dużo, albo za młode sztuki, zaburzając równowagę biologiczną w Bałtyku, który już został sklasyfikowany jako akwen podwyższonego ryzyka jeśli chodzi o równowagę biologiczną.
Na każdym kroku słyszałem rybaków skarżących się, że Unia Europejska zabija rybołówstwo bałtyckie i odbiera im chleb. Ale UE, zmuszając do ograniczenia połowów jednocześnie wręcz płaci im, aby nie wypływali łowić. Płaci im także za złomowanie kutrów. Lokalne grupy rybackie będące super inicjatywą, także są dofinansowywane przez Unię. Zjednoczona Europa chce wprowadzić zrównoważone rybołówstwo, żeby zachować ekosystem. Kiedy normy były mniej restrykcyjne, zdarzało się, że rybacy stosowali sieci o mniejszych oczkach przetrzebiając na przykład pogłowie dorsza w Bałtyku. Brak dorsza, który żywi się szprotem, powodował zwiększenie jego populacji do niebotycznych rozmiarów. Szprot z kolei zżerał nadwątloną ikrę dorsza powodując zaburzenie całego ekosystemu. W efekcie miejsce dorsza wypełniała babka - inwazyjny obcy gatunek. Ponadto, ludzie w Jastarni opowiadali mi, że rybacy łowią teraz przez tuby, które zasysają wodę ze wszystkim co w niej jest. Wyselekcjonowane ryby oddają do handlu, a resztę sprzedają Rosjanom, którzy nie są w UE i przerabiają wszystko jak leci na mączkę rybną. Do tego dochodzi kłusownictwo, zanieczyszczenie i nieprzestrzeganie norm - pozostawianie w morzu sieci, czy zbyt wolna selekcja w efekcie której ryba wrzucana z powrotem do morza jest martwa. Kiedyś jeszcze zastawiano sieci na tak zwanego „czuja” - teraz są sonary, radary, do tego nieprzestrzeganie regulacji gwarantujących zrównoważony połów, samowolka i dramat w akwenie gotowy.
To wszystko sprawia że ja, jako turysta jadący nad morze nie mogę zjeść świeżej ryby. Chciałbym mieć wybór między rybą bałtycką lub odławianą gdzie indziej, świeżą i mrożoną. To kwestia jasnej informacji i uczciwości. Jeśli mamy taką a nie inną sytuację w Bałtyku i ryba staje się towarem ekskluzywnym, to niech kosztuje więcej. Ograniczymy w ten sposób sytuacje, że ktoś kierując się pazernością i wykorzystując ludzką niewiedzę, oszukuje konsumentów.
To nieprawda, że nie ma narzędzi, które by pomogły polskiemu rybołówstwu. Niby w porcie w Jastarni na każdym kutrze widać flagę UE z pięścią między gwiazdkami, która oznacza, że Unia jest zabójcą rybołówstwa. Z drugiej jednak strony, podczas pobytu na wakacjach widziałem w telewizji program o lokalnej grupie rybackiej z Mierzei Wiślanej, która pomaga stworzyć drobniejszym rybakom takie warunki, aby mogli się utrzymać. Tym, których wykańcza konkurencja na dużych kutrach, stwarza się alternatywę w postaci ekoturystyki, albo skraca drogi sprzedaży i dystrybucji ryb. Zamiast do wielkich hurtowni, gdzie trafiają wyselekcjonowane i wystandaryzowane ryby z dużych kutrów, lokalne grupy pomagają sprzedać ryby lokalnym sklepom i restauratorom, które włączają je do oferty dnia. Spotkałem jedną restaurację, która miała ofertę dnia złożoną z tego, co się dzisiaj udało złowić. I tu kłania się kwestia zaufania, bo przeciętny Polak zada sobie pytanie, czy to co widzi w ofercie dnia, to faktycznie dzisiejszy połów czy taki, który wyłazi z lodówki. Na Maderze chodziłem do restauracji, która miała tylko ofertę dnia. Jak kończyły się ryby, to knajpę zamykano. Jak było święto i rybacy nie wypływali - restauracja była nieczynna.
To ogromnie złożony problem, ale nie nierozwiązywalny. Narzędzia są , ale potrzeba zmiany mentalności - mniej chciejstwa niektórych restauratorów i rybaków. Podejrzałem nad morzem taką sytuację, że gość na zapleczu restauracji nabijał na pręt wędzone piklingi z Makro i wkładał przez okienko do wędzarni, skąd po 5 min drugi facet wyciągał rybę i sprzedawał jako świeżo uwędzoną. To już jest oszustwo. Ale sankcjonowane nie tylko cwaniactwem kanciarza, ale także niewyrobionym smakiem klienta, który się daje nabrać.