Dziewięć głównych powodów, dla których zamierzam zagłosować za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz.
REKLAMA
Za dwa tygodnie warszawianki i warszawiacy zadecydują, czy chcą odwołania prezydent stolicy. Zamierzam wziąć udział w tym referendum i zagłosować za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Powodów, nagromadzonych przez lata, jest multum. Wymienienie wszystkich wymagałoby bardzo długiego tekstu, ale kilka z nich uważam za szczególnie istotne.
1. Prywatyzacja Stołecznego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej. Decyzja oburzająca nie tylko dlatego, że była nonsensowna z punktu widzenia ekonomii (w ciągu kilku lat spółka przynosi zyski równe cenie, za jaką ją sprzedano), lecz także ze względu na pogwałcenie reguł przejrzystości i demokracji. Zarówno analizę przedprywatyzacyjną, jak i umowę sprzedaży miasto skutecznie ukrywało przed mieszkańcami i radnymi. Ratusz wymijająco odpowiadał na interpelacje dotyczące zabezpieczenia interesów mieszkańców w umowie, możliwości kontroli jakości świadczonych usług czy klauzuli umożliwiającej ewentualne odkupienie spółki. Wraz z siecią ciepłowniczą sprzedano infrastrukturę światłowodową.
Wraz z innymi osobami zaangażowanymi w kampanię przeciw prywatyzacji SPEC wskazywałem na zniechęcający przykład berlińskich wodociągów, które sprywatyzowano pod koniec lat 90. Dziś znów warto o tym przypomnieć, ponieważ właśnie niedawno, dzięki oddolnej presji mieszkańców, berlińskie wodociągi ponownie stały się własnością publiczną. Na ukończeniu jest również proces rekomunalizacji berlińskiej sieci energetycznej (także dzięki oddolnej mobilizacji). To samo dzieje się w innych niemieckich miastach. Moda na prywatyzację miejskich spółek szalała w tym kraju w latach 90., na fali triumfującego neoliberalizmu. W Polsce przybrała na sile po ostatnich wyborach w 2010 r., a więc wówczas, gdy Niemcy poznali już społeczne i ekonomiczne koszty takich decyzji i zaczynali je odkręcać. Warszawa zasługuje na to, aby rządził nią ktoś, kto przyswaja wiedzę o świecie nieco szybciej niż z 15-letnim opóźnieniem.
2. Lekceważący stosunek do zieleni miejskiej i terenów przyrodniczo cennych. Sprawa Dotleniacza, oddanie deweloperowi terenów w otulinie rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie czy dewastacja (nazywana „rewitalizacją”) Ogrodu Krasińskich to tylko najgłośniejsze przypadki spośród wielu. Parę lat temu - wobec bezczynności miasta - warszawscy Zieloni przygotowali własny raport o konfliktach w miejskiej przestrzeni publicznej. Lista interwencji jest długa, niektóre z nich zakończyły się zresztą sukcesem, częściowym lub całkowitym. Dewastacja Ogrodu Krasińskich pokazuje jednak, że miasto nie uczy się na błędach i nie kumuluje doświadczenia. Urzędnicy nie rozumieją ani społecznych funkcji drzew i parków (ich znaczenia dla dzieci czy osób starszych), ani swoich demokratycznych obowiązków wobec mieszkańców.
3. Impas polityki mieszkaniowej. Oddawanie kamienic wraz z lokatorami („wkładką mięsną”), ślimacząca się budowa mieszkań komunalnych, eksmisje osób w trudnej sytuacji życiowej, brak skutecznego nacisku na Sejm w sprawie ustawy reprywatyzacyjnej (mimo że prezydent stolicy jest również wiceprzewodniczącą partii rządzącej). Bez względu na to, czy mamy do czynienia z celową polityką, z marazmem, czy z zaniedbaniem – ceną za to są liczne tragedie, których symbolem stało się zabójstwo działaczki lokatorskiej Jolanty Brzeskiej. Miasto z blisko 14-miliardowym budżetem z pewnością może sobie pozwolić na to, by być strefą wolną od eksmisji na bruk.
4. Niekończąca się „bitwa o handel”. W tej kwestii widać, jaki jest stosunek stołecznej PO do grupy, którą partia rządząca często wyciera sobie usta: drobnych przedsiębiorców. Szerokim echem odbiło się wyrzucenie kupców z KDT – uzasadniane planami budowy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Efekt jest taki, że nie ma tam ani muzeum, ani kupców. Wkrótce po rozprawieniu się kupcami z KDT Hanna Gronkiewicz-Waltz przystąpiła zresztą do rozprawy z drobnym handlem ulicznym (np. starszymi paniami sprzedającymi marchewkę). Miasto nie chroni też przedsiębiorców przed siłą lokalnych „układów”, czego dowodem los prowadzonej przez Karola El Kashifa Superapteki. Jednak najbardziej wstrząsającym przykładem tej polityki jest stosunek do handlarek i handlarzy z przejść podziemnych w pobliżu Dworca Centralnego: drastyczna podwyżka czynszów i tolerowanie pacyfikacji protestu przez firmę ochroniarską. Ludzi, którzy upomnieli się o swoją godność i miejsca pracy, brutalnie pobito, a władze miasta, które były za to odpowiedzialne, przekonywały że to nie ich sprawa. Przy okazji wyszedł na jaw wstrząsający szczegół: z podwyżek czynszów skorzystać miała prywatna spółka, której miasto dzierżawi teren – a do kasy miasta trafia tylko ułamek tych pieniędzy. Na takim układzie tracą kupcy i traci budżet miasta; ale ktoś, niewątpliwie, zarabia.
5. Antyspołeczna polityka transportowa. Likwidacja linii autobusowych, rozrzedzanie kursów, a jednocześnie podwyżki cen biletów i zakupy nowego taboru. Nowe autobusy i tramwaje wyglądają wprawdzie ładnie, ale gorzej pełnią swoją podstawową funkcję, jaką jest umożliwianie mieszkańcom przemieszczania się po mieście za rozsądną cenę. Można odnieść wrażenie, że decyzje o transporcie publicznym podejmują ludzie, których kontakt z autobusami i tramwajami polega na tym, że lubią sobie na nie popatrzeć przez szybę samochodu. Ostatnia podwyżka cen biletów ZTM spowodowała według pierwszych doniesień spadek wpływów do budżetu miasta o 16 milionów w ciągu pierwszego półrocza. Miasto szybko podało inne wyliczenia, ale zarazem zapowiedziało gruntowną wymianę kasowników w celu „lepszego zabezpieczenia kontraktów terminowych”. To enigmatyczne sformułowanie ujawnia bolesną prawdę: miasto naprawdę przechytrzyło z tymi podwyżkami, tylko nie potrafi się przyznać do błędu.
6. Utrudniony dostęp do informacji publicznej. Nieprzejrzystość kładzie się cieniem na politykę w wielu obszarach. Ratusz strzeże swoich tajemnic, często odrzucając wnioski obywateli i radnych lub odpowiadając wymijająco. Umowa prywatyzacyjna SPEC, zapytania ruchu lokatorskiego, zakres umów zawieranych z zewnętrznymi kancelariami prawnymi – to tylko niektóre z pilnie strzeżonych tajemnic. Zarazem miasto nader chętnie zbiera informacje o mieszkańcach i mieszkankach. Spersonalizowana karta miejska, wprowadzona mimo protestów, to tylko jeden z przykładów. W pierwotnej wersji miasto zamierzało zbierać szczegółowe informacje o tym, kto, kiedy i gdzie podróżował. Po kampanii Fundacji Panoptykon i interwencji GIODO udało się te zapędy trochę ukrócić, wciąż jednak miasto zbiera o użytkownikach więcej informacji niż to przyjęte w innych europejskich stolicach, np. Londynie.
7. Cięcia w edukacji. Od likwidacji przedszkoli i żłobków przez prywatyzację stołówek szkolnych po bezprawne odbieranie nauczycielom dodatków motywacyjnych – miasto robi, co może, by mniej inwestować w edukację. Prywatyzacja stołówek to przykład szczególnie bolesny, bo od razu ostrzegano, że doprowadzi to do pogorszenia jakości posiłków (potwierdziło się), pogorszenia warunków pracy personelu (potwierdziło się), wzrostu cen za posiłek (potwierdziło się) i co najgorsze segregacji dzieci na jedzące i niejedzące (potwierdziło się). Miasto, które prywatyzuje stołówki szkolne, to po prostu miasto niezdolne do tego, by słuchać głosu swoich mieszkańców.
8. Komercjalizacja szpitali. Mimo negatywnych efektów komercjalizacji Szpitala na Solcu miasto przeprowadziło w tym roku komercjalizację trzech kolejnych szpitali. W przypadku Szpitala Grochowskiego decyzję podjęto wkrótce po zbudowaniu na koszt miasta nowej izby przyjęć. Skutki takiej polityki są już znane, prasa coraz częściej i obszerniej pisze o kolejnych wstrząsających przypadkach z całej Polski. Nie ma śladu, by te doniesienia były uwzględniane przez warszawskich decydentów.
9. Polityka kulturalna bez wyobraźni. Można by o tym długo... od Sloboplexu po fakt, że Hanna Gronkiewicz-Waltz ani razu nie wzięła udziału w Paradzie Równości. Kultura to nie tylko zbiór instytucji o ustalonych budżetach, to przede wszystkim ramy wspólnego życia ludzi, którzy są różni i mogą się od siebie nawzajem uczyć. W Warszawie mieszka liczna społeczność LGBT, bez której to miasto straciłoby wiele ze swojego metropolitalnego sznytu. Byłoby miło, gdyby prezydentem lub prezydentką Warszawy był w końcu ktoś, kto potrafi to zauważyć i docenić.
W ostatnich dniach politycy Prawa i Sprawiedliwości, Platformy Obywatelskiej oraz, co ciekawe, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, dwoją się troją, aby przedstawić to referendum jako „pisowskie”. PiS chce w ten sposób zbić polityczny kapitał, PO zniechęcić ludzi do udziału w głosowaniu, zaś SLD uzasadnić swoje kunktatorstwo. Jednak referendum to sprawa poważniejsza niż interesy tej czy innej partii. Tu nie chodzi o Guziała, Kaczyńskiego czy Millera. Tu chodzi o SPEC i Jolantę Brzeską, Ogród Krasińskich i kupców z przejść podziemnych, Szpital na Solcu i Jeziorko Czerniakowskie... to tylko niektóre z „punktów zbiórki” przed referendum. Choć rzadko zgadzam się z premierem, w tej jednej sprawie się z nim zgodzę: zignorowanie referendum to także sposób na wyrażenie głosu. Konkretnie zaś – sposób na powiedzenie, że te wszystkie sprawy są w gruncie rzeczy niezbyt ważne. Tak czy inaczej, zawsze opowiadamy się za pewną wizją świata, w jakim chcemy żyć.
