15 czerwca Rada Ministrów Ukrainy zatwierdziła pilotażowy projekt, który może dać polskiemu systemowi elektroenergetycznemu dostęp do energii z ukraińskiej elektrowni jądrowej.
REKLAMA
W projekcie, który oficjalnie nazwano "Mostem energetycznym Ukraina-Unia Europejska" chodzi (na razie) o przesyłanie energii z drugiego bloku Elektrowni Jądrowej Chmielnicki do Polski. To jednak dużo łatwiej powiedzieć, niż zrealizować - dziś bowiem nie istnieją połączenia synchroniczne pomiędzy systemami elektroenergetycznymi Polski i Ukrainy, które na taką operację by pozwalały.
Sam pomysł nie jest nowy - jest wręcz powrotem do koncepcji, którą już realizowano w czasach PRL. W 1979 roku pięć krajów RPWG (ZSRR, Polska, Czechosłowacja, NRD i Węgry) podpisało porozumienie o budowie nowej linii energetycznej mającej umożliwić eksport energii elektrycznej ze Związku Radzieckiego do Polski, Czechosłowacji i Węgier (NRD miała korzystać z ogólnego efektu stabilizującego system, ale bez otrzymywania konkretnych dostaw energii). Linia o długości blisko 400 km miała pracować pod napięciem 750 kV i łączyć nową Elektrownię Jądrową Chmielnicki zlokalizowaną na terenie Ukraińskiej SRR z Rzeszowem. Linię przekazano do eksploatacji w 1985 roku i do 1991 faktycznie płynęła nią do Polski energia, choć planowane dostawy (6000 GWh rocznie) zrealizowano tylko w 1988 roku. W 1992 przesyłu zaprzestano, a zaraz potem stał się on technicznie niemożliwy, bowiem Polska (wraz z Czechosłowacją i Węgrami) odcięła się od sieci wschodnich sąsiadów, a w 1995 roku uzyskała połączenie synchroniczne z systemami zachodnioeuropejskimi.
Od tego czasu wschodnia granica Polski pozostaje granicą pomiędzy dwoma wielkimi obszarami synchronicznymi pracującymi w Europie: zachodnim rozciągającym się od Buga po Portugalię i od Danii po Grecję oraz wschodnim, obejmującym kraje byłego ZSRR, łącznie z państwami bałtyckimi. W każdym z tych obszarów sinusoidalny przebieg napięcia jest taki sam - to znaczy, że przebieg sinusoidy w polskich gniazdkach jest dokładnie taki sam jak w portugalskich, a w litewskich - taki jak na Kamczatce. W ramach obszaru synchronicznego można łatwo przesyłać energię z kraju do kraju (oczywiście w granicach przepustowości istniejących linii), kraje mogą także pomagać sobie nawzajem w sytuacjach awaryjnych (a do pewnego stopnia jest to nawet proces automatyczny, wymuszony fizyką procesu). Przesył energii pomiędzy różnymi obszarami synchronicznymi nie jest niemożliwy ale wymaga dodatkowej infrastruktury: konieczna jest bowiem zamiana prądu przemiennego na stały, a potem ponownie na przemienny, już według "wzorca sinusoidy" z systemu docelowego. Tak właśnie działa np. podmorskie połączenie Polski ze Szwecją - prąd przemienny na jednym końcu linii zamieniany jest na stały, następnie przesyłany jest kablem ułożonym na dnie Bałtyku i na drugim brzegu zamieniany jest ponownie na przemienny. Na tej samej zasadzie będzie działało połączenie z Litwą, choć tam obie zamiany odbywać się będą na terenie jednej stacji elektroenergetycznej.
Kłopot z Ukrainą polega jednak na tym, że z tym krajem takich połączeń nie mamy i w najbliższej przyszłości mieć nie planujemy. Problem da się jednak obejść - możliwe jest bowiem wydzielenie części systemu jednego kraju (np. wybranej elektrowni albo nawet wybranego bloku elektrowni oraz linii prowadzącej do granicy) tak, by pracował w synchronizacji z sąsiadem, a nie z własnym terytorium. Oczywiście w ten sposób nie tworzy się połączenie między systemami, ale eksport energii z jednego terytorium na drugie staje się możliwy. Tak od lat działa inne połączenie polsko-ukraińskie Dobrotwór-Zamość. I linią tą faktycznie importujemy do Polski energię z dwóch wydzielonych bloków Elektrowni Dobrotwór (opalanej węglem), maksymalna zdolność przesyłowa wynosi ok. 220 MW. Na tej samej zasadzie funkcjonuje tzw. Bursztyńska Wyspa Energetyczna w Obwodzie Iwanofrankiwskim obejmująca dwie elektrownie konwencjonalne oraz jedną wodną o łącznej mocy ponad 2200 MW i połączona z systemami Węgier, Słowacji i Rumunii. I to właśnie ta sama metoda ma zostać zastosowana do eksportu energii z EJ Chmielnicki. Po odcięciu od systemu energetycznego Ukrainy blok nr 2 tej elektrowni miałby wejść w skład poszerzonej Wyspy Bursztyńskiej, a wytworzona w nim energia popłynęłaby do Polski również dołączoną do Wyspy linią 750 kV do Rzeszowa. Linia ta bowiem wciąż istnieje, a nawet jest utrzymywana pod napięciem (z uwagi na dobrze rozwinięty rynek wtórny metali kolorowych). Oczywiście przedsięwzięcie to wymagać będzie modyfikacji istniejącej infrastruktury (np. w obrębie sieci potrzeb własnych samej elektrowni jądrowej), niemniej jest dużo prostsze i tańsze niż budowa pełnego połączenia międzysystemowego.
Dla strony ukraińskiej cel przedsięwzięcia jest jasny - chodzi o pieniądze. Ukraińcy liczą, że wykorzystanie posiadanych (i sporych) nadwyżek mocy i sprzedaż energii na terenie Unii Europejskiej przyniesie im zwiększony zysk, a ten jest potrzebny na ukończenie budowy kolejnych bloków jądrowej w EJ Chmielnicki. Budowę tej elektrowni zaczęto na początku lat 80. ubiegłego wieku. Miała ona się składać z czterech bloków z reaktorami wodnymi ciśnieniowymi WWER-1000 o mocy netto po 950 MW każdy, jednak do rozpadu Związku Radzieckiego ukończono tylko pierwszy z nich. Drugą jednostkę - tę, która miałaby pracować "na rzecz" Unii Europejskiej - udało się Ukrainie uruchomić dopiero latem 2004 roku, przy tym inwestycja została wsparta przez kraje trzecie (w zamian za wyłączenie przez Ukrainę elektrowni w Czarnobylu). Budowa dwóch ostatnich bloków została wstrzymana w 1990 roku; w 2011 właściciel elektrowni Enerhoatom podpisał z rosyjskim Atomstrojeksportem umowę na dokończenie tych jednostek, przy wykorzystaniu kredytu z Rosji, ale można się spodziewać, że realizacja tej umowy będzie trudna w świetle obecnego stanu stosunków rosyjsko-ukraińskich - to po to Enerhoatomowi potrzebny jest 'europejski kontrakt".
- Wydzielenie drugiego bloku ChEJ do pracy z europejskim systemem energetycznym pozwoli na zawarcie kontraktu na sprzedaż energii elektrycznej na podstawie przejrzystej i zrozumiałem formuły kształtowania cen. To z kolei da możliwość pozyskania środków kredytowych w ilości niezbędnej dla dokończenia [bloków] Ch3/Ch4 - wyjaśnia Jurij Niedaszkowski, prezes Enerhoatomu cytowany w komunikacie prasowym spółki.
- Wydzielenie drugiego bloku ChEJ do pracy z europejskim systemem energetycznym pozwoli na zawarcie kontraktu na sprzedaż energii elektrycznej na podstawie przejrzystej i zrozumiałem formuły kształtowania cen. To z kolei da możliwość pozyskania środków kredytowych w ilości niezbędnej dla dokończenia [bloków] Ch3/Ch4 - wyjaśnia Jurij Niedaszkowski, prezes Enerhoatomu cytowany w komunikacie prasowym spółki.
Po polskiej stronie partnerem Ukraińców miałaby być spółka Polenergia, która już rok temu podpisała stosowny list intencyjny z Enerhoatomem. Kupowałaby ona energię od Ukraińców, a sprzedawała w Polsce a także innych krajach Europy. Do tego jednak konieczne będzie przywrócenie do pracy linii energetycznej, która jest własnością państwowych operatorów systemów przesyłowych - Ukrenergo (odcinek ukraiński) oraz PSE (polski). Ukrenergo jest oficjalnie partnerem projektu "Mostu energetycznego" po stronie ukraińskiej, natomiast pewną niewiadomą jest stanowisko PSE. W końcu roku 2014 "Rzeczpospolita" cytowała wypowiedź rzecznik spółki Beaty Jarosz: - Operator przymierza się do przywrócenia życia tej linii o napięciu 750 kV. Trwają prace nad studium wykonalności łącznika, który ma być elementem projektu integracji energetycznej Ukrainy i Mołdawii z UE. Powinny się zakończyć przed upływem 2015 r.
Inne media, np. Onet, sugerowały wówczas, że zależny od państwa operator nie musi być wcale zainteresowany szybką realizacją ukraińskich planów - tania energia z Ukrainy mogłaby bowiem stanowić konkurencję dla krajowych koncernów energetycznych, choć trudno powiedzieć jak takie spekulacje mają się do rzeczywistości.
Inne media, np. Onet, sugerowały wówczas, że zależny od państwa operator nie musi być wcale zainteresowany szybką realizacją ukraińskich planów - tania energia z Ukrainy mogłaby bowiem stanowić konkurencję dla krajowych koncernów energetycznych, choć trudno powiedzieć jak takie spekulacje mają się do rzeczywistości.
Po stronie ukraińskiej panuje jednak optymizm (przynajmniej w obiegu oficjalnym). Prezes Niedaszkowski uważa projekt "Mostu" za "jeden z priorytetowych kierunków działania firmy, który nie tylko pozwoli na dokończenie [Chmielnickiej EJ], ale także otworzy nowe perspektywy dla ukraińskiej elektroenergetyki na ukraińskim rynku energii". Żadnych konkretnych dat jeszcze jednak nie podano, mowa jest tylko o kontynuowaniu studium wykonalności projektu w "ścisłej współpracy" z Polenergią. Zauważalny jest w oficjalnym komunikacie Enerhoatomu brak jakiejkolwiek wzmianki o współpracy z polską stroną na szczeblu rządu lub z PSE (jest natomiast mowa o tym, iż zainteresowanie finansowaniem przedsięwzięcia wyraził brytyjski bank Barclays). Ukraińcy uważają jednak, że projekt będzie korzystny i dla naszego kraju - Obecny moment jest bardzo korzystny dla realizacji projektu, ponieważ w najbliższym czasie Polsce będą bardzo potrzebne dodatkowe ilości energii - tłumaczy Niedaszkowski, odnosząc się z pewnością do prognozowanych przez niektórych ekspertów możliwości zaistnienia niedoborów mocy w Polsce wskutek wyłączenia najstarszego pokolenia elektrowni węglowych. Czy polskie władze z tym stanowiskiem się zgodzą, dowiemy się dopiero w przyszłości
