Może się to wydawać zaskakujące, ale do strefy zamkniętej wokół Czarnobyla można pojechać na wycieczkę. Tak po prostu. Na Ukrainie (i nie tylko) pojawiły się nawet wyspecjalizowane biura podróży oferujące organizację tego typu wypraw. Do strefy, czy też jak to się ostatnio popularnie mawia do „Zony”, jeżdżą grupy duże i małe, na kilka godzin albo na kilka dni, w zależności od potrzeb, umiejętności organizacyjnych i zasobności portfela.

REKLAMA
logo

Kilka miesięcy temu trzech nieco zwariowanych kolegów lubiących niecodzienne sposoby spędzania wolnego czasu zaproponowało mi, żebym się z nimi zabrał na taką właśnie wyprawę, zakładając, że mnie taka impreza zaciekawi, a im się w grupie przyda inżynier. Długo się nie zastanawiałem i gdy tzw. cała Polska jechała na majówkę nad morza, jeziora, w góry i gdzie tam jeszcze, my wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy na zieloną Ukrainę.
Wycieczkę organizowało nam przedsiębiorstwo ukraińsko-kanadyjskie (a przynajmniej z rachunkiem bankowym w Kanadzie) wyglądające na pierwszy rzut oka może nieco podejrzanie, ale jak się okazało – bardzo sprawne i rzetelne (choć ukraiński urząd skarbowy może mieć inne zdanie). Żeby uniknąć presji czasu zdecydowaliśmy się na wyjazd dwudniowy, z noclegiem na miejscu i transportem z i do Kijowa. 2 maja rano odebrał nas z ukraińskiej stolicy bardzo porządny van z kierowcą, który z umiarkowaną (jak na ukraińskie standardy) prędkością powiózł nas w kierunku strefy. Krótko przed 10 znaleźliśmy się na posterunku kontrolnym Ditiatki na granicy zewnętrznej „Strefy wykluczenia” (30-kilometrowa strefa wokół elektrowni; jest jeszcze 10 km strefa wewnętrzna i strefa specjalna obejmująca samą elektrownię), gdzie miał nas opieką objąć państwowy przewodnik. Przewodnika jeszcze nie było, był natomiast autokar pełen turystów i auto terenowe na polskich numerach z turystą „indywidualnym”, który wizytę załatwił sobie sam (bo i tak można, jeśli się wie jak). Podczas oczekiwania na opiekuna rzucił nam się w oczy całkiem spory ruch – przez posterunek przejeżdżały liczne samochody osobowe, a nawet mikrobusy wyładowane pracownikami. Nie jest to szczególnie dziwne, jeśli wziąć pod uwagę, że w zonie pracuje około trzech tysięcy ludzi, ale kłóci się ze stereotypowym obrazem „opuszczonego obszaru”.
logo
Obszar nie całkiem opuszczony. Ruch drogowy nieopodal Czerwonego Lasu.

Po jakimś czasie przybywają przewodnicy i po szybkiej kontroli dokumentów wjeżdżamy do strefy. Najpierw jedziemy zostawić bagaże do naszego hotelu, który mieści się w miasteczku Czarnobyl. Po drodze mijamy pierwsze opuszczone wioski z domami ledwie widocznymi zza dziko rosnących drzew i krzewów oraz… ekipę odmalowującą barierki przy szosie. W ciągu kolejnych dni zobaczyliśmy, że nie był to ewenement – wszystkie miejsca wciąż wykorzystywane i zamieszkane (choćby czasowo) przez ludzi są bardzo zadbane – krawężniki pomalowane, trawniki przystrzyżone i obsadzone kwiatami. Jest biednie (to też się rzuca w oczy), ale schludnie.
Po drodze omawiamy z przewodnikiem plan zwiedzania, który stanowi wypadkową tego co chcemy zobaczyć i gdzie naprawdę można się udać. Generalnie przed przyjazdem warto wiedzieć, co się chce zobaczyć. Po kilku minutach znajdujemy się w Czarnobylu. Miasteczko, które dało swoją nazwę elektrowni, a następnie stało się synonimem katastrofy, położone jest w istocie ok. 13 km od budynków elektrowni. Założona w XII wieku miejscowość pozostaje jedynym większym skupiskiem ludności na terenie strefy. Choć w całej strefie zamieszkuje na stałe tylko niecałe 200 osób, które z własnej woli (i początkowo wbrew prawu) powróciły do swoich domów po katastrofie, to w Czarnobylu regularnie przebywa (i nocuje) też kilkuset pracowników strefy, z tym że pomieszkują oni tam tylko czasowo (na czas trwania zmiany np. dwutygodniowej). W miasteczku działają organy administracji, dwa sklepy, cerkiew, a także dwa hotele i stołówka dla turystów. Hotele to może dość szumna nazwa, niemniej przespać się po całodziennym zwiedzaniu można, a przecież nie po to się przyjeżdża do zony, żeby w hotelu siedzieć.
logo
Hotel "Prypeć" w Czarnobylu. Gwiazdek Michelina nie stwierdzono, ale przespać się można.

Nie siedzimy tam zatem, tylko szybko zostawiamy graty i udajemy się na zwiedzanie z krótkim postojem w sklepie. Sklep zaopatrzony jest dość biednie, ale podstawowe produkty (chemię domową, żywność, alkohol) da się w nim kupić. Ciekawostką są magnesy pamiątkowe – i to w dwóch wariantach!
logo
Miasto Czarnobyl. Cisza, porządek i spokój. Charakterystycznym elementem krajobrazu są poprowadzone po powierzchni i nad drogami wodociągi stanowiące źródło zdatnej do picia wody.

Ze sklepu udajemy się do wewnętrznej, 10-kilometrowej strefy. W niej nie mieszka już nikt, nawet czasowo, choć także tu ludzie pracują. Po drodze mijamy posterunek kontrolny, choć sama „kontrola” ogranicza się do wymiany kilku zdań pomiędzy strażnikiem a przewodnikiem. Dalej dojeżdżamy do pierwszego przystanku na trasie – wsi Kopaczi. Wioska Kopaczi w wyniku katastrofy została skażona opadem radioaktywnym, wysiedlona i – jako jedyna – praktycznie w całości zlikwidowana. Zburzone domy zasypano warstwą ziemi tworząc charakterystyczne pagórki. Do dziś przetrwał solidny murowany budynek przedszkola i pomnik Żołnierza-Wyzwoliciela. Wszędzie dookoła stoją znaki ostrzegające przed promieniowaniem, jednak jego poziomy nie są wcale wysokie. Przy drodze liczniki wskazują dawki nieprzekraczające promieniowania z Warszawy, a miejscami znacznie niższe. W miarę zbliżania się do przedszkola przy ziemi można zaobserwować pewien wzrost – do 1-2 μSv/h. To już 3-6 razy więcej niż w warszawskim Śródmieściu (ok. 0,3 μSv/h). A jednocześnie kilkukrotnie mniej niż w samolocie na wysokości kilkunastu tysięcy metrów albo na plaży w brazylijskim kurorcie Guarapari (tam jest rzędu 5 μSv/h albo i więcej, zależnie od lokalizacji). Są jednak miejsca, gdzie promieniowanie jest wyższe, szczególnie pod drzewami oraz pod ścianami ocalałego budynku, w miejscach gdzie deszcz spłukiwał promieniotwórczy pył z dachu. Tam moce dawek sięgają kilkunastu μSv/h (w serwisie Youtube można znaleźć filmy, na których zmierzono ponad 20). To są wartości zauważalnie wyższe od naturalnego tła w większości miejsc świata, ale wciąż nie przekraczają ekstremalnych wartości naturalnych – w niektórych punktach wspomnianego Guarapari czy w irańskim Ramsarze. Sam budynek przedszkola jest w opłakanym stanie – jest nie tylko opuszczony, ale także splądrowany i zdewastowany. Jest to zapowiedź tego, co zobaczymy później w Prypeci.
Z Kopaczi jedziemy dalej na północ, w stronę elektrowni. Po prawej stronie widać dwa nieukończone bloki (nr 5 i 6) – ich budowę przerwano po katastrofie. Przed nami natomiast rozciąga się panorama oryginalnych czterech bloków – masywny kompleks budynków o długości 800 m. Nasz samochód okrąża elektrownię i zatrzymuje się przy północno-zachodnim narożniku terenu, w pobliżu zniszczonego reaktora i bramy wjazdowej na teren elektrowni. W miejscu tym znajduje się pomnik poświęcony likwidatorom skutków katastrofy. Choć punkt ten znajduje się zaledwie 250 m od ściany konstrukcji skrywającej ruiny reaktora nr 4, moc dawki promieniowania jest dość umiarkowana i wynosi około 7 μSv/h. Tak niski poziom promieniowania to zasługa obiektu oficjalnie nazywanego „Schronem”, a nieoficjalnie (za to powszechnie) „sarkofagiem”. Jest to potężna żelbetowa konstrukcja wzniesiona pospiesznie po awarii stanowiąca barierę pomiędzy zniszczonym reaktorem a jego otoczeniem. Jej budowa, przy której pracowało ok. 90 tysięcy ludzi, trwała 206 dni (od czerwca do listopada 1986 r.) i pochłonęła 400 tys. m³ betonu oraz 7 tysięcy ton metalowych zbrojeń. Ogromna budowla stanowi barierę zatrzymującą zarówno promieniowanie jonizujące, jak i jego źródła – silnie promieniotwórcze materiały znajdujące się wewnątrz budynku reaktora.
logo
260 m od sarkofagu, niecałe 6,5 μGy/h (odpowiada 6,5 μSv/h) – licznik na zakresie do 20 μGy/h.

Sarkofag, jakkolwiek do tej pory dobrze spełniał swoją rolę, jest jednak konstrukcją mniej lub bardziej prowizoryczną i od wielu lat planowane jest zastąpienie go nową osłoną. Przymiarki do jej budowy rozpoczęły się już w 1992 r. Oryginalnie planowano ukończenie konstrukcji do roku 2005, w wyniku licznych opóźnień budowa prowadzona przez francuskie konsorcjum NOVARKA (joint venture firmy VINCI oraz Bouygues) rozpoczęła się jednak dopiero w 2010 roku, a jej planowany termin zakończenia to rok 2015. Przedsięwzięcie finansowane jest ze środków międzynarodowych: Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, Unii Europejskiej oraz USA. Nowa osłona powstaje na placu obok elektrowni, a po ukończeniu ma zostać nań nasunięta. Przy szerokości 257 m, długości 162 m i wysokości 108 m będzie to ponoć największa ruchoma konstrukcja na świecie. Nowa osłona zaprojektowana jest na 100 lat, ma wytrzymywać m.in. temperatury od -30 do +50°C i trzęsienie ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera. Więcej informacji o nowej osłonie uzyskać można na stronie internetowej Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej (po angielsku, rosyjsku i ukraińsku).
logo
Nowa osłona dla zniszczonego reaktora w budowie. Po ukończeniu ma mieć 108 m wysokości. Warto zwrócić uwagę na drobne postaci robotników na powierzchni konstrukcji.

Po zrobieniu obowiązkowych zdjęć z reaktorem (ciekawostka: elektrownię fotografować wolno, nową osłonę fotografować wolno, nie wolno natomiast fotografować odrapanych budynków z drugiej strony, gdyż są to „instalacje wojskowe” – do obejrzenia na Google Maps) zapakowaliśmy się z powrotem i pojechaliśmy do głównego celu wyprawy – miasta Prypeć. Prypeć była 50-tysięcznym miastem zbudowanym w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni przede wszystkim dla jej pracowników – założono je w 1970 roku. Miasto było bardzo nowoczesne (oczywiście w ówczesnym tego słowa rozumieniu), zaplanowane w oparciu o awangardowy wtedy plan trójkątny opracowany przez architektów moskiewskich i kijowskich, z dużymi przestrzeniami publicznymi i szerokimi alejami. W założeniu miało to poprawić komfort życia mieszkańców. Dynamiczny rozwój ośrodka przerwała jak wiadomo katastrofa w elektrowni. Po wybuchu reaktora nr 4 promieniowanie w Prypeci zaczęło szybko narastać. W nocy z 26 na 27 kwietnia, tj. w dobę po awarii, moc dawek w niektórych rejonach miasta przekroczyła 5 mSv/h – czyli w ciągu godziny mieszkańcy otrzymywali dawkę taką jak normalnie w ciągu 1,5 roku (albo jak w Finlandii w niecały rok). Do tego dochodziło istniejące wciąż ryzyko kolejnego wybuchu pod reaktorem. Doprowadziło to do podjęcia decyzji o pilnej ewakuacji miasta, choć obowiązujące wedle radzieckich przepisów kryterium bezwarunkowej ewakuacji (skumulowana dawka promieniowania gamma 0,75 Gy na mieszkańca odpowiadająca dawce efektywnej 0,75 Sv) nie zostało jeszcze osiągnięte. W nocy przeprowadzono obchód domów mieszkalnych dla ustalenia liczby przebywających w mieście ludzi – oszacowano ją na 47 tysięcy, w tym 17 tysięcy dzieci i 80 obłożnie chorych. Do południa 27 kwietnia zgromadzono w okolicy przeszło 1200 autobusów i 200 ciężarówek, a na pobliską stację kolejową Janow podstawiono dwa składy dla 1500 osób. Polecenie przygotowania do ewakuacji nadano przez lokalne radio o godzinie 13:10. Mieszkańcom polecono przygotować się do ewakuacji prowadzonej od godziny 14:00 – mieli zabrać ze sobą tylko niezbędne przedmioty, w tym dokumenty i niewielki zapas żywności. Ewakuację określono mianem „czasowej”, pozostawionego majątku miała pilnować milicja (ogłoszenie o ewakuacji można odsłuchać na stronach Wikipedii). O godzinie 14 bezpośrednio pod domy mieszkalne podstawiono autobusy, którymi ewakuowała się większość mieszkańców. Proces zakończono w ciągu 2,5 godziny, ewakuowano 49 360 osób – jak się miało okazać – na zawsze.
Ta nagła ewakuacja w połączeniu z przeprowadzoną później dekontaminacją rejonu, czynią z Prypeci osobliwą atrakcję turystyczną – swojego rodzaju skansen. Jak się jednak mieliśmy bardzo szybko przekonać miasto wcale nie pozostało nietknięte. Wprost przeciwnie – budynki zostały po opuszczeniu splądrowane i zdewastowane. Może to być pewnym rozczarowaniem dla osób spodziewających się zastać wysiedlone miasto, w którym czas zatrzymał się w kwietniu 1986 r. Praktycznie wszelki dobytek ruchomy zniknął. Pozostały gdzieniegdzie stare meblościanki, większe fragmenty różnych urządzeń, pianina i fortepiany (z jakichś przyczyn nie cieszyły się wzięciem), niepotrzebne i porozrzucane dokumenty. Na ścianach wciąż wiszą liczne propagandowe plakaty, instrukcje bhp, ogłoszenia. Ale ogólnie krajobraz przypomina raczej miasto po wojnie niż po sprawnej ewakuacji.
Tym, co rzuca się w oczy od razu, jest zieleń. Na fotografiach miasta sprzed katastrofy widać szerokie aleje i wielki centralny plac miejski. Teraz większość tej przestrzeni zajęły drzewa. Rosną wszędzie, przy drogach, na chodnikach, na dachach, nawet w budynkach. W połączeniu z absolutnym brakiem dźwięków innych niż szum wiatru i śpiew ptaków tworzy to dość niesamowite wrażenie. Nawiasem mówiąc to jest kolejny powód, dla którego warto zwiedzać miasto w małej grupie, kilkunastoosobowa wycieczka wystarcza żeby zburzyć ten efekt.
logo
Nad centralnym placem Prypeci wciąż powiewa flaga radziecka.

Długą wycieczkę pieszą (pięć godzin, potem jeszcze trzy drugiego dnia) zaczynamy od centralnego placu miasta. Kierujemy się do hotelu „Polesie”. Tu rozwiewa się nasza największa wątpliwość: czy będzie można zwiedzać budynki? Oficjalnie od 2012 roku nie wolno. Wtedy bowiem pod grupą turystów załamał się strop, kilka osób odniosło kontuzje. Wprowadzono więc zakaz. Ale zakaz sobie, a praktyka sobie… przynajmniej dla małych grup. Duże wycieczki istotnie prowadzane są raczej ulicami, ale małe grupki ze swoimi przewodnikami zwiedzają miasto dużo dokładniej. Oczywiście – na własne ryzyko. Większość budynków trzyma się nieźle, choć nie znaczy to, że nie ma okazji, by zrobić sobie krzywdę – jest ich aż nadto. Brak balustrad, otwarte szyby windowe, wszechobecne potłuczone szkło. Najmniejszym problemem w tym wszystkim jest paradoksalnie promieniowanie. Owszem, zdarzają się miejsca o nieco wyższym poziomie (trawa, mech), ale dawki są zupełnie bezpieczne – choć na terenie miasta rozproszonych jest trochę obiektów znacznie bardziej skażonych.
logo
Widok na centralny plac miasta.

Po obejrzeniu hotelu idziemy dalej – do szkoły muzycznej ozdobionej obsypującą się mozaiką, do kina „Prometeusz” z posadzką porośniętą mchem, do kawiarni „Prypeć”, a następnie do szpitala. Krajobraz wszędzie taki sam – dużo dzikiej zieleni, gruzu i potłuczonego szkła, porozbijane instalacje, wypatroszone szafki elektryczne, zwisające kable (kable się ostały!), porozbijane umywalki i muszle klozetowe. Do tego – niestety – sporo współczesnych śmieci, głównie butelek po napojach różnego rodzaju i różnej mocy…
logo
Sala kina "Prometeusz". Wolnych miejsc zostało niewiele.

logo
Budynek kina od frontu.

Przy wejściu do szpitala niespodzianka dla turystów – na stoliku leży kawałek tkaniny. Fragment munduru jednego z przywiezionych tam strażaków. W odległości 20 cm na moim liczniku Geigera-Müllera kończy się skala (200 μSv/h). Ot – ciekawostka. Ze szpitala idziemy dalej – odwiedzamy jeden z niskich bloków mieszkalnych centralnej części miasta (w jego awangardowym układzie wieżowce stały tylko na obrzeżach). Tutaj widać, że pojęcie komfortu życia w sowieckiej architekturze kończyło się na przestrzeniach publicznych – mieszkania są maleńkie i bardzo ciasne, nawet w porównaniu z polską wielką płytą.
logo
Koniec skali w liczniku. To jednak wyjątek - źródłem promieniowania jest celowo pozostawiony fragment ubrania ratownika.

Idąc dalej przez przedszkole, szkołę, posterunek milicji (to akurat budynek splądrowany doszczętnie) i pocztę zdajemy sobie sprawę z tego, że sporo rzeczy wewnątrz budynków jest specjalnie zainscenizowanych dla zwiedzających. Czy przez innych turystów, czy przez pracowników strefy – trudno orzec. Na porodówce w szpitalu leży otwarta książka urodzeń. W szpitalnej bibliotece wśród ogólnego bałaganu i książek walających się po podłodze, na honorowym miejscu na półce leży jedna – „Przyczyny raka”. Na łóżeczku przedszkolnym ktoś ułożył lalkę w masce przeciwgazowej (rozmiar dziecięcy) – masek tych zresztą wszędzie jest pełno. W klasie szkolnej na ławce zeszyt otwarty na wypracowaniu o roli Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. I tak dalej. Wszystko wygląda na autentyczne, tylko po prostu aranżacja cokolwiek teatralna.
logo
Jedna z miejskich szkół nie wytrzymała upływu czasu. W przeciwieństwie do spoglądającego posępnie ze ściany Marksa.

logo
Sala porodowa szpitala z "przypadkowo" pozostawionym rejestrem pacjentek.

Po kilku godzinach spaceru wracamy do Czarnobyla – na kolację. Po drodze – na granicy strefy 10-kilometrowej – obowiązkowa kontrola dozymetryczna. Turystów spędzających noc w zonie karmi się w stołówce w samym środku Czarnobyla, naprzeciw hotelu. Na budynku obok ekspresyjne malowidło: z reaktora jądrowego wylatują pręty zestrzeliwując przelatujące bociany. Pod stołówką – sklep monopolowy, komfortowo wyposażony w stoliki oddzielane zasłonkami od reszty sali. Po kolacji przewodnik zabiera nas na spacer po Czarnobylu. Mijamy pomnik poświęcony ewakuacji – dwa rzędy przydrożnych tablic z nazwami wysiedlonych miejscowości. O ewakuacji całej 30-kilometrowej strefy wokół elektrowni zadecydowano 2 maja 1986 r. w wyniku obliczeń wskazujących na poważne zagrożenie zdrowia jej mieszkańców w wypadku kolejnego wybuchu reaktora, którego jeszcze nie można było wykluczyć. 2 i 3 maja ewakuowano prawie 10 tysięcy osób z wewnętrznej strefy 10-kilometrowej. 5 maja – 13,5 tysiąca mieszkańców Czarnobyla. Do 7 maja zakończono ewakuację 51 mniejszych miejscowości na Białorusi i 42 na Ukrainie leżących w strefie 30-kilometrowej. Łączna liczba ewakuowanych do 9 maja osób przekroczyła 99 tysięcy. W późniejszym okresie dokonywano dalszych ewakuacji miejscowości bardziej oddalonych od elektrowni, poza strefą przymusowego wysiedlenia, na terytorium Białorusi, Ukrainy i Rosji. Łączną liczbę osób wysiedlonych w wyniku katastrofy Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej szacuje na około 200 tysięcy.
logo
Czarnobyl - instalacja upamiętniająca wysiedlone miejscowości.

Spod pomnika ulica Sowiecka (z obowiązkowym pomnikiem Władimira Iljicza) a następnie ulica Lenina prowadzą w stronę pięknie utrzymanej cerkwi. Stamtąd wyludnioną częścią miasta przewodnik prowadzi nas nad rzekę – jest widocznie zdeterminowany żebyśmy się jak najbardziej zmęczyli i porzucili wszelkie pomysły nielegalnych nocnych spacerów po mieście. Dla pewności po dłuższej wieczornej pogawędce zostawia nas razem z grupą Rosjan z Jekaterynburga…
logo
Natura w Prypeci nic sobie nie robi z pozostałości po krótkiej obecności ludzi. Resztki ogrodzenia Stadionu Miejskiego w Prypeci nie stanowią przeszkody dla szybko rosnących drzew.

logo
Widok na murawę Stadionu Miejskiego.

Drugiego dnia udajemy się na zamkniętą stację kolejową Janow, a następnie z powrotem do Prypeci – tym razem do części północnej. Zwiedzamy Pałac Kultury „Energetyk”, lokalny supersam wraz z rozległymi podziemnymi magazynami, park rozrywki i stadion. Stadion jest tak zarośnięty drzewami, że zdajemy sobie sprawę gdzie jesteśmy dopiero po natknięciu się na trybuny. Następnie przewodnik prowadzi nas na północno-zachodni wierzchołek miejskiego trójkąta – a tam na dach 15-piętrowego budynku mieszkalnego. Tu mieszkania są znacząco większe, niż w małych budynkach „śródmiejskich”, oryginalnie były też windy. Z dachu rozciąga się wspaniały widok na miasto tonące w zieleni, okoliczne lasy, a także elektrownię i inne wielkie dzieło radzieckiej techniki – radar pozahoryzontalny systemu Duga-2. Ogromna (300 m wysokości) konstrukcja służyła w latach 70. i 80. do wykrywania potencjalnego startu rakiet balistycznych – a przy okazji zakłócała pracę cywilnych stacji radiowych na całym świecie, czym zasłużyła sobie na zachodzie na miano „ruskiego dzięcioła”. Z perspektywy najwyższego dachu w mieście rzuca się w oczy rozmach planowania urbanistycznego w mieście – duże odstępy między budynkami, szerokie aleje, duże place. Wszystko to, czego brakuje współczesnym „kapitalistycznym” osiedlom…
logo
Widok na elektrownię z dachu 15-piętrowego budynku. Po prawej widoczna budowa nowej osłony zniszczonego reaktora.

logo
Widok z tego samego dachu na południe. Na horyzoncie widoczna antena radaru Duga-2.

Przez kolejną szkołę i osuszony basen kryty udajemy się do dzielnicy przemysłowej i dawnej fabryki magnetofonów. Zrujnowane hale (w tym jedna z częściowo zawalonym stropem) mogłyby dziś z powodzeniem służyć za plan dla filmu o bitwie stalingradzkiej. W okolicach fabryki przewodnik pokazuje nam fragment maszyny używanej do „sprzątania” budynku zniszczonego reaktora – jest to kolejna „ciekawostka radiologiczna”, przy której licznik Geigera (tym razem nie mój, mój miał za krótką skalę) dochodzi do 500 μSv/h. Jest to jednak wyjątek – we wszystkich miejscach jakie odwiedziliśmy poziomy promieniowania są całkiem niskie, natomiast większość pojazdów wykorzystywanych w procesie sprzątania i budowy sarkofagu zgromadzono na złomowisku niedostępnym dla zwiedzających. Wyższe poziomy promieniowania można zaobserwować tylko poza miastem, np. w rejonie dawnego „Czerwonego lasu” – najbardziej napromieniowanego i obumarłego rejonu zalesionego. Drzewa co prawda ścięto i zakopano, ale promieniowanie jest tam nadal zauważalnie silniejsze, szczególnie w niektórych miejscach przy ziemi, choć też nie stanowi zagrożenia dla zdrowia przechodnia.
Na zakończenie wizyty jedziemy jeszcze na budowę chłodni kominowych nieukończonych bloków. Te konstrukcje – często niesłusznie uznawane za symbol elektrowni jądrowych – w istocie służą do schładzania wody chłodzącej skraplacz w elektrowni wykorzystującej turbiny parowe, niezależnie od tego czy do wytwarzania pary służy reaktor czy tradycyjny kocioł. W pierwszych czterech blokach skraplacze chłodzone były wodą rzeczną, ale dla dwóch kolejnych byłoby jej już za mało, stąd zdecydowano o budowie zamkniętego układu chłodzenia właśnie z ogromnymi chłodniami. Ich budowy nigdy nie ukończono, ale nigdy nie zaprzątano sobie głowy ich rozbiórką – pozostały zatem specyficzną atrakcją turystyczną.
logo
Wewnątrz nieukończonej chłodni kominowej bloku nr 5.

Przed wyjazdem ze strefy czekają nas jeszcze dwa „przystanki obowiązkowe”. Jeden to wystawa pojazdów uczestniczących w operacji ratowniczej – kilka różnorodnych maszyn od wojskowego samochodu rozpoznawczego BRDM po zdalnie sterowane pojazdy przypominające łaziki kosmiczne. Drugi to pomnik strażaków z jednostki gaśniczej z Czarnobyla – przedstawiający członków dyżurnego zastępu, który jako pierwszy z tej jednostki wyjechał do akcji ratowniczej – i prawie w komplecie zginął. Niepotrzebnie chyba pretensjonalny podpis głosi: „Tym, którzy uratowali świat”. Choć to z pewnością spora przesada, nie umniejsza to oczywiście tragizmu ludzi, którzy nie mieli nawet pojęcia co im zagraża, myśląc, że wyjeżdżają do zwykłego pożaru.
logo
Pomnik przed budynkiem jednostki gaśniczej w Czarnobylu.

logo
Wystawa sprzętu wykorzystywanego przez likwidatorów.

Ogólnie dziś dwie rzeczy wydają się pewne. Rejon Czarnobyla z pewnością nie jest – jak przekonują czasami niektórzy – "kompletnie zniszczony”. Wprost przeciwnie, przyroda bujnie się tam rozwija, wedle dostępnych informacji mnożą się też nie niepokojone przez ludzi zwierzęta – np. dziki i wilki (nie szukaliśmy dla potwierdzenia), sprowadzono też tu konie Przewalskiego (te było widać). Z drugiej jednak strony ludzie na te tereny zapewne nie wrócą. Ale nie ze względu na promieniowanie, które dziś jest już całkiem niskie, a będzie nadal maleć. Problemem nie do pokonania wydają się straty w zdewastowanej infrastrukturze – jej odbudowa wydaje się trudna i po tylu latach pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Przywrócenie tego rejonu mieszkańcom nie było niemożliwe, ale do tego konieczne byłoby zabezpieczenie budynków i mienia, a także inne prowadzenie dekontaminacji jeszcze w latach 80. – nie na zasadzie zasypywania źródeł promieniowania i zabezpieczania ich przed roznoszeniem poza strefę, a poprzez ich usuwanie. W 1986 roku o tym jednak nie myślano – w przeciwieństwie do Fukushimy, gdzie od początku prowadzone są działania mające na celu ponowne zasiedlenie ewakuowanych rejonów. W rejonie Czarnobyla się to już nie stanie, ale paradoksalnie z obserwacji ukraińskiej zony płynie wniosek, że zwrócenie takiego obszaru ludziom jest całkowicie możliwe. Co wcale nie musi być korzystne dla przyrody, ale to już zagadnienie osobne.
logo
Ekspresyjne malowidło na ścianie budynku w Czarnobylu. Wbrew katastrofalnej wizji przyroda (w tym ptaki) ma się w tym rejonie całkiem dobrze, lepiej chyba niż za czasów intensywnej działalności ludzkiej...

-------------
Wszystkie dane o promieniowaniu na podstawie pomiarów własnych oraz opracowania Krzysztofa Wojciecha Fornalskiego z Instytutu Problemów Jądrowych w Świerku (obecnie Narodowe Centrum Badań Jądrowych). Wyniki moich pomiarów były zbieżne, ale z racji rodzaju używanego sprzętu mniej dokładne i mniej czytelne na fotografiach.