własne

Zobaczyłem go w lusterku wstecznym. Lekko mnie sparaliżowano. Nic nie robił. Stał. Przyglądał mi się tylko. Wpadłem! – pomyślałem… Zaparkowałem na wjeździe do bramy. Znak przed maską samochodu wręcz krzyczał: ZAKAZ PARKOWANIA! Cholera, szlag by trafił. Akurat teraz musiał się tu zjawić?! Przecież nie było go tutaj, a ja podjechałem tylko na chwilkę. Chciałem wskoczyć do księgarni Adama Mickiewicza i zapytać o intersującą mnie książkę. Ulica była zawalona samochodami. Żadnego wolnego miejsca, a ja nie miałem czasu. Potrzebowałem tylko sekundę… Kiedy zobaczyłem wolny wjazd, pomyślałem: o, tu się zatrzymam. Zajrzę do księgarni tylko po to aby zapytać, czy jest pozycja, którą szukam i natychmiast wracam. Jeśli książki nie będzie to trudno, w przeciwnym razie odjadę, poszukam wolnego parkingu i wrócę pieszo.

REKLAMA
Policjant stał pod arkadami. Daleko. Z tyłu, za mną. Nie reagował. Byłem zdezorientowany.
Kiedyś Milicjant dawno by zrobił już swoje. Byłoby… Obywatelu, dokumenty proszę!
Obywatelu, co tu robicie? Obywatelu to, obywatelu tamto… A potem ochrzan, wyzwiska i
mandat, albo… „w łapę”. A tu nic. Policjant stał i tylko mnie obserwował. Cholera, o co mu
chodzi, czego chce?! - kręciło mi się po głowie.
Trudno, przekręciłem kluczyk w stacyjce. Może mi odpuści - pomyślałem z nadzieją – i
patrząc nadal lusterko, wrzuciłem wsteczny. Powoli puszczałem sprzęgło... Wtedy się
poruszył. Wyprostował. Stanął jakby na baczność. No tak, zaraz się zacznie – pomyślałem -
ale mimo to lekko dodałem gazu… Niestety, ruszył w moją stronę. Zdecydowanie. Szybko.
No i tak moja nadzieja na bezkarny odjazd ulotniła się, jak sen. Zatrzymałem samochód.
Zacząłem gorączkowa łapać myśli w głowie. Co mu powiedzieć? Jak się tłumaczyć? Mówić
prawdę, czy kręcić?...
Przeszedł jezdnię i nie podchodząc do moich drzwi stanął z tyłu samochodu. Co u licha? –
myślę – aż tu nagle widzę, że on zatrzymuje ruch na ulicy i zaczyna pokazywać mi znaki,
abym cofał. Cooo?… Pomaga mi wyjechać?… Nie wierzę!
Fakt, ruch był okropny a do tego widoczność miałem ograniczoną stojącą z boku wysoką
furgonetką. Bez pomocy trudno byłoby bezpiecznie włączyć się w ruch. Ale i tak
zbaraniałem. O co mu chodzi? Nie podchodzi, by mnie zmieszać z błotem. Nie wyciąga
notesu, aby spisać moje dane. Nie bierze do ręki druczków, aby wystawić mandat… Zamiast
tego pomaga mi!
Gdy byłem już na właściwym pasie i stanąłem równolegle do chodnika, wreszcie podszedł. A
jednak – zszedłem na ziemię. Trudno. No, przecież tak musiało się skończyć! Jaki byłem
głupi sądząc, że będzie inaczej. I tak w oczekiwaniu na „wyrok” opuściłem szybę od swojej
strony. Wedy odezwał się pierwszy raz.
- Zaparkował pan na zakazie – powiedział.
- Tak, bardzo pana przepraszam – odparłem i podjąłem próbę tłumaczenia się.
- To jednak nie wszystko – przerwał mi.
Zdumiony uniosłem wzrok do góry i pytająco spojrzałem mu w oczy.
- Wjechał pan w tę ulicę pod prąd.
Co?... Jak to pod prąd?!... – pomyślałem. Jeżdżę tutaj non stop. Najczęściej wjeżdżam od Św.
Marcina, tak jak dzisiaj, ale to ulica dwukierunkowa! Bierze mnie pod włos, czy co? Pewnie
zobaczył obcą rejestrację i chce mnie nabrać, aby wlepić wyższy mandat. Chciałem
zaprotestować, ale zanim otworzyłem usta, dodał:
- Ulica jest jednokierunkowa od niedawna. Są znaki. Teraz nie można już wjeżdżać tu od
strony Marcina, ale od Okrąglaka – rzekł spokojnym głosem (Okrąglak, to słynny dom
towarowy w Poznaniu).
- Aha, prze-pra-szam, nie wie-dzia-łem…. – odpowiedziałem jąkając się.
- I jeszcze jedno! – dorzucił, wykonując krok do tyłu tak, jakby chciał mi coś pokazać.
- Prawy kierunkowskaz panu nie działa!
Załamałem się. Naprawdę! Tego wszystkiego było już bowiem za dużo. Wjechać pod prąd,
zaparkować w miejscu niedozwolonym i mieć do tego jeszcze niesprawne światła!... Rany
boskie, co robić? – intensywnie myślałem. W końcu postanowiłem wyjść z samochodu i
porozmawiać z nim, ale… zatrzymał mnie stanowczym gestem ręki.
- Niech pan dłużej nie tamuje ruchu – powiedział. Dzisiaj pana tylko pouczam, aby pan w
przyszłości przestrzegał przepisów – powiedział stanowczo. A teraz może pan już jechać –
dodał już bardziej naturalnym, wręcz przyjaznym głosem.
Wbiło mnie w ziemię.
- Aha, i proszę natychmiast naprawić kierunkowskaz – krzyknął za mną, gdy odjeżdżałem.
Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Nie dosyć, że mnie nie zatrzymał, nie nakrzyczał, nie
pogroziłem pałą, nie wlepił mandatu, to jeszcze pomógł wycofać, abym bezpiecznie odjechał.
Nic, tylko mnie pouczył. Rany boskie, chyba śnię - pomyślałem! Nie wierzyłem w to, co się
dzieje. Wszystkie bowiem moje wcześniejsze doświadczenia z Milicją kończyły się zgoła
inaczej. Och… zupełnie inaczej!
****
Był 1990r. Rok wcześniej upadła komuna. Zlikwidowano ORMO. Potem Milicję
Obywatelską. Utworzono Policję. Ta scenka, to mój pierwszy kontakt z funkcjonariuszem
nowej formacji. Zapamiętałem naukę bez mandatu i… polubiłem Policjantów. Od pierwszego
spotkania!
Teraz, gdy pałują i gazują kobiety na ulicach… wstydzę się za nich!
Adam Szejnfeld
Senator RP