Niecałe pół roku temu dość powszechnie komentowano, że Donald Tusk jest najpoteżniejszym premierem w post-komunistycznej Polsce i że nikt mu już nie podskoczy. Były premier Leszek Miller z podziwem w głosie mówił, że Donald Tusk “sam założył sobie koronę na głowę.” Czy dziś król także kontroluje sytuację?

REKLAMA
Po historycznym zwycięstwie w wyborach parlamentarnych w 2011 r., prawie wszyscy komentatorzy polityczni byli zdecydowani co do tego, że Donald Tusk będzie absolutnym dominatorem na polskiej scenie politycznej przez następne cztery a może nawet osiem lat.
Premier rzeczywiście wyglądał wówczas na arcy-poteżnego. Zdecydowanie rozprawił się z człowiekiem uważanym kiedyś za numer dwa w PO, czyli z Grzegorzem Schetyną, pokazując, że w tej partii numerem 1, 2 i 3 nie może być nikt inny, jak sam Donald Tusk. Koniec, kropka.
Skład rządu premier uformował kompletnie według własnego widzimisię, a koalicjant wydawał się być bardzo pokorny.
Donald Tusk wydawał się tak poteżny, że chyba sam zaczął wierzyć w swoją nieśmiertelność.
Prywatnie politycy PO skarżyli się, że są traktowani w partii jak powietrze, że premier nie liczy się z nimi. Nikt nie lubi być lekceważony, a zwłaszcza politycy, którzy, jak się często składa, mają wybujałe ego i dużą potrzebę doświadczania uznania i okazywania szacunku od otoczenia.
Sfrustrowani, byli bezradni, no bo premier jest popularny, premier ma mocną pozycję i może zakończyć naszą karierę polityczną jednym zdaniem.
Jednak rok zaczął się kiepsko dla Donalda Tuska. Fiasko z lekami refundowanymi, protesty związane z ACTA i spadające sondaże. Do tego nagłe odejście Łukasza Gibały, co w moim przekonaniu może kiedyś być uznane jako punkt zwrotny w historii PO.
Gibała nie był najważniejszym posłem ale nagle rządowa wiekszość zmalała do trzech głosów.
Równie nagle politycy, którzy czuli się niezauważeni w PO, mogli zacząć chodzić z podniesionymi głowami. Nagle stali się ważniejsi, nagle premier musiał odnieść się do nich z szacunkiem, zapytać o dzieci, usmiechać się, zejść z piedestału. Dziś w swojej partii Donald Tusk nie wzbudza już takiego postrachu jak pół roku temu.
Wszyscy wiedzą, że jeśli kolejnych trzech sfrustrowanych posłów odejdzie z PO, to nie ma już koalicji i nie ma potężnego premiera. To bardzo wątpliwe by w przyspieszonych wyborach PO uzyskała wynik chociaż zbliżony do tego który osiągneła w 2011.
Tak więc w nowej koalicji Donald Tusk byłby na zdecydowanie słabszej pozycji niż jest dzisiaj.
Z drugiej strony, koalicja z Januszem Palikotem mogłaby oznaczać początek końca Donalda Tuska. Janusz Palikot to klasyczny narcyz, który nie może znieść sytuacji w której to nie on jest w centrum uwagi.
Z tej racji jest to dosyć kiepski materiał na spokojnego koalicjanta. Po drugie, Palikot jest święcie przekonany o tym, że on też nadaje się na przywódcę kraju, więc jego ostatecznym celem musiało by być osłabienie obecnego premiera. Z SLD nie ma sensu robić koalicji bo to dałoby 232 głosów – tylko jeden głos ponad wymaganą większość.
Donald Tusk nie ma dziś specjalnego wyboru. Nawet jeśli PSL nie poprze refomy emerytalnej to i tak bedzie musiał utrzymać partię w koalicji. Premier stracił kontrolę nad sceną polityczną. Pół roku temu wydawało się, że Donald Tusk już nic nie musi. Dzisiaj jednak musi kombinować jak utrzymać władzę.
Król już nie wydaje się być tak poteżny.