- Słyszałem, że podobno Olejnik na mnie szczuła. Uff - czyli jest ok - tak eurodeputowany Marek Migalski skomentował na Twitterze zamieszanie wokół jego wpisu o Serenie Williams. Wpisu, w którym porównał budowę ciała amerykańskiej tenisistki do Anny Grodzkiej, transseksualnej posłanki Ruchu Palikota. Słowa „jest ok” odbieram tutaj jako nieprzypadkowe. Media przypomniały sobie, że Marek Migalski w ogóle istnieje. Biorąc pod uwagę siłę jego ugrupowania, przy okazji następnych wyborów do Parlamentu Europejskiego, może znaleźć się za burtą. Nie tylko on, bo eurodeputowani panicznie boją się planowanych zmian w ordynacji.
REKLAMA
W styczniu 2010 roku miałem okazję nagrywać wypowiedź Marka Migalskiego dla „Faktów” TVN. Ówczesny eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości był miły i pomocny. Wieczorem ponownie spotkaliśmy się przy okazji „.Charytatywnego Balu Dziennikarzy”. – Znów spotykamy się Panie Redaktorze. Co słychać? – pytał grzecznym głosem. Wiedział, że z dziennikarzem TVN-u nie należy postępować inaczej. To dzięki tej stacji zrobił karierę. Przed przygodą z polityką występował w niej często jako komentator polityczny. Wdzięczność wyrażał także jesienią 2010 roku, kiedy porzuciłem research w „Faktach” na rzecz reporterki w Superstacji. Chciałem umówić go na nagranie wypowiedzi. – Z takimi niszowymi telewizjami nie rozmawiam. To za mała widownia – usłyszałem przez telefon.
Kolejne miesiące nie przynosiły spodziewanych sukcesów jego nowemu ugrupowaniu – Polska Jest Najważniejsza. Z czasem zaproszeń do TVN-u i innych dużych stacji było coraz mniej. Została Superstacja, która nie obraziła się na niszową partię Pana Migalskiego. Ostatnio najwyraźniej stwierdził, że to za mało. Być może stąd ten feralny wpis na Twitterze. W końcu najważniejsze, żeby o nim mówili. Nieważne, czy dobrze, czy źle. W przypadku polityka brzmi to jak szaleństwo, ale w tym szaleństwie może być reguła. Wszystko przez plany zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Ewentualne wprowadzenie jednej listy krajowej może sprzyjać najbardziej znanym opinii publicznej kandydatom.
- To dla nas cholernie niekorzystne. Ziobryści mają Ziobrę, Kurskiego i Cymańskiego. My nie mamy na tapecie nikogo tak znanego. Po prostu polegniemy. Chyba, że wystawimy samego Adama Małysza – obawia się jeden z posłów Ruchu Palikota. Podobne obawy zgłaszają obecni europarlamentarzyści z innych klubów. Widać to po składzie radiowych i telewizyjnych programów, w których politycy podsumowują tydzień. Ten skład wygląda tak, jakbyśmy wybierali europosłów za miesiąc, a nie za dwa lata. W niedzielę w Radiu ZET gościło aż trzech europosłów: Jacek Protasiewicz (PO), Jacek Kurski (Solidarna Polska) i Ryszard Czarnecki (PiS). Ten ostatni wie jak przyciągnąć uwagę mediów – kandyduje na prezesa Polskiego Związki Piłki Nożnej.
Europosłowie dosłownie błagają władze swoich partii, aby przez najbliższe dwa lata pozwoliły im na większą obecność w programach publicystycznych kosztem innych kolegów. Takie zachowanie wywołuje niemałe zgrzyty. W zeszłym tygodniu byłem świadkiem komicznej sytuacji. Europoseł nie chciał nagrać komentarza z powodu obecnych w pobliżu posłów krajowych. Pół godziny później zadzwonił do mnie. – Panie Adrianie, ja chcę się nagrać i mogę w każdej chwili do Pana podejść. Było mi po prostu głupio, żeby koledzy z Sejmu nie denerwowali się, że tylko ja występuję – mówił. Ten głód na obecność w mediach może tłumaczyć zachowanie Marka Migalskiego. Polityka, który szuka nowych wyborców. Nieprzypadkowo gościł ostatnio na pikniku Nowej Prawicy. Odpowiadał na pytania sympatyków tego ugrupowania u boku Janusza Korwin-Mikke. Sądząc po nagraniu na YouTube pytania były ostre. Między innymi o "komunistyczne poglądy" partyjnej koleżanki europosła PJN - Elżbiety Jakubiak.
