
Mary Ellen zaczyna sama wychodzić na ulicę. Ponad pół wieku po wyjeździe Tyrmanda z Polski ostrożnie oswaja warszawskie bruki. Czegoś się boi, a równocześnie pociąga ją ta nieznajoma rzeczywistość, w której uparcie szuka śladów przeszłości. Czy istnieją? Czy dadzą się odczytać z - zarośniętej kolejnymi warstwami lat - codzienności?
REKLAMA
Przyjechała tu po raz pierwszy, Amerykanka z Brooklynu nieczęsto przemierza ocean. Zawsze pociągała ją Europa, podróżowała z Tyrmandem do Paryża i Londynu. Chciwie patrzy na każdy stary budynek, pałac, kościół. Podziwia te miejsca, które noszą ślady przeszłości. W ogródku kawiarni Bliklego czuje się najlepiej - jak w europejskiej stolicy, kilkakrotnie to powtarza. Zamawia „ponczki”, bo tak trzeba na Nowym Świecie. To także jeden ze smaków Lolka. „Dzekuje bardzo!”
Poza tym, ceni tradycję, także kulinarną. Jak jej mąż, który – obok intelektualnej rozmowy - serwował Amerykanom bigos i „tyrmandówkę”, wódkę własnego wyrobu z polskich ziół.
Mary Ellen jest ciekawa miasta i ludzi, jest też pełna niepokoju. Czuje, że trzeba będzie zmierzyć się z legendą. Wie, że bronimy naszego wizerunku Tyrmanda – playboya w kolorowych skarpetkach, autora Złego, pogromcy komunistycznego reżimu i zwolennika wszelkich swobód. Jak wypadnie jej konfrontacja z ta ikoną?
Ma wrażenie, że gra rolę w filmie, w jaki nagle zmieniło się jej życie. Dotychczas „osoba cywilna” wedle teatralnego żargonu, stała się tutaj wyczekiwaną wdową, świadkiem losu Tyrmanda nieznanego, którego straciliśmy z oczu po jego wyjeździe w 1965. Jaki był? Kim się stał? Czy etykieta „moralizatora” nie jest najbardziej ironiczną z możliwych właśnie wobec tej postaci?
Znalazła listy z pierwszego etapu ich związku, młodziutka dziewczyna i 50 letni autor z polską przeszłością, zgodziła się zostać bohaterką mojej książki. Dla Tyrmanda? Dla siebie? Efektem tego, być może nieopacznego, gestu jest ów serial spotkań, wywiadów i pytań. Drobiazgowych, dotkliwych, ważnych…
O nich osobno.
Pierwszy spacer po mieście? Do IMKI. Lolek przemieszkiwał tam przez lata. Mary Ellen patrzy z niedowierzaniem na tablicę z podobizną Tyrmanda, umieszczoną na tymże gmachu. Rozmiarami bije na głowę wszystkie tego rodzaju znaki, jakie pamięta, z Londynu na przykład. Śmieje się, że odpowiada Lolkowemu EGO.
„Jestem szczeszliwa… szcze… uczy się, powtarza po raz kolejny to szeleszczące słowo- szcze-szliwa, że jestem w Warszawie… Mozolna lekcja.
Mijamy Plac Trzech Krzyży z kościołem świętego Aleksandra, w którym autor Złego lubił się modlić. Wdowa po nim nie może uwierzyć: modlił się, nosił krzyżyk?? Chwilę później przypomina sobie, że i w Ameryce miał jeden święty obrazek… madonnę.
Dużo o nim myślę. Jak nigdy wcześniej. Czy czuł się spełniony w Ameryce?
