Pamiętam. To jedyna religia, jaką uprawiam. Każdy dzień jest jej znakiem i świętem.

REKLAMA
Zawsze lubiłam cmentarze, łuny nad nimi, kiedy jeździliśmy z ojcem do jego rodzinnej Łodzi, rudozłote światło splecionych płomieni, drżących w chłodnym powietrzu. A na miejscu droga do starej bramy, czyszczenie grobów (mnożyły się stale), znicze, szeptane rozmowy, uroczysty zapach wosku i naftaliny wyjętych po lecie pelis i karakułów. Od dzieciństwa oswoiłam tę przestrzeń obcowania z „lokatorami nieskończoności”.
Ten łódzki cmentarz był ludny, rodzinny, pełen wspomnień o wspólnych grzybobraniach i zbieraniu agrestu, znajomym smaku rosołu, klusek na parze i kompotu z gruszek.
Był i inny cmentarz, w Otwocku, gdzie leżała babka, której nie znałam. Nad jej grobem panował mrok i milczenie. Krzyż wydawał się obcy. Po latach dopuszczono mnie do rodzinnego sekretu jej losu, a wtedy pamiętanie stało się wyższą koniecznością.
Zbudowałam w sobie i dla siebie moją żydowską rodzinę, o której istnieniu – dla mojego bezpieczeństwa – miałam nie wiedzieć. Szukałam nieistniejących grobów i ludzi, ich historii, które musiały zostać zapisane. Stworzyłam mój album rodzinny, glebę i genealogię, mozolnie wydrapywałam je z niepamięci.
Bez przeszłości nie istniejemy. Szukałam jej wszędzie. Odnajdywałam w innych, starszych ode mnie, bogatych czasem, którego sama nie byłam w stanie przeżyć. Stąd znajomość z Marią Kuncewiczową, Ireną Krzywicką, Ludwikiem Seidenmanem, Olą Watową, Jerzym Giedroycem, Zbigniewem Raszewskim, Czesławem Miłoszem, Zbigniewem Herbertem, Janem Twardowskim, Wiktorem Woroszylskim, Adamem Hanuszkiewiczem, Andrzejem Drawiczem, Ryszardem Kapuścińskim…
Zaprzyjaźniałam się z rówieśnikami moich rodziców i dziadków, zadawałam im setki pytań, by tylko sięgnąć głębiej rzeczywistych historii i doświadczeń. Nie istniejemy bez nich, bez pokoleń naszych poprzedników. Przez lata uzależniłam się od ich obecności. Stali się moimi mistrzami i intelektualnymi opiekunami.
A potem zaczęli odchodzić.
Długo nie umiałam się z tym pogodzić. Jakbym nie rozumiała, że to nieuniknione z prostego rozdania kart. Czułam się coraz bardziej osamotniona. Osobiście osierocona. Po kolei odprowadzałam ich na cmentarze. Niezliczone ceremonie pożegnań. Moi profesorowie, powiernicy, przyjaciele. Paliłam świece, dużo świec.
Wracałam potem do siebie, ale oni nie odchodzili.
Jak mój mąż, którego nazwisko widnieje na marmurowej płycie na żydowskim cmentarzu w Toronto. Tam go nie ma. Jest ze mną i przy mnie.
Jak wszyscy, których obecność w moim życiu była darem. Są.
Są w tym, co mi dali.
Nie wiem, czy czytają moje książki. Nie odpowiadają na listy.
Chcę wierzyć Isaacowi Singerowi, gdy pisze, że „historia świata jest książką, którą człowiek może czytać tylko w jedną stronę. Nie potrafi przewracać przeczytanych już kart w odwrotnym kierunku. Tymczasem na wcześniejszych stronach wszystko to, co wydarzyło się kiedyś, istnieje nadal. Gdzieś tam żyje jej zmarła siostra Jite. Kury, gęsi i kaczki, zarzynane codziennie na targu Janasa, nadal gdaczą, kwaczą i trzepocą skrzydłami na innych stronicach księgi świata — tych z prawej strony. Bo księga świata jest napisana w jidysz, czyta się więc z prawa do lewa.”

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?