Zaintrygowało mnie zjawisko naukowego celebrytyzmu. Każda dyscyplina ma swoich bardziej rozpoznawalnych przedstawicieli, za którymi nie zawsze stoją naukowe dokonania, ale potrafili lepiej zrozumieć medialne mechanizmy lub są, jak ich określił Pierre Bourdieu, fast thinkersami.
REKLAMA
Najogólniej rzecz ujmując - doktorant ma lekko przerąbane. Na uczelni jest jeszcze dość nisko w hierarchii, a jak jeszcze równocześnie pracuje poza uczelnią, to też nie do końca potrafi odnaleźć się w tym rządzącym się swoimi prawami środowisku. Piszę na podstawie własnych doświadczeń. Otóż z jednej strony mam świadomość tego, że trudno mi mierzyć się z dorobkiem moich profesorów i z pokorą stwierdzam, że nie dorastam im do pięt, ale staram się pełnymi garściami czerpać z ich wiedzy i doświadczenia (tak, Panie Profesorze, już kończę kolejny rozdział pracy, niebawem go podeślę). Z drugiej strony, jako stworzenie wychowane w korporacji (ukłony dla prezesów), mam potrzebę tego, aby ludzie zobaczyli nad czym pracuję, co zajmuje mnie naukowo i chcę o tym opowiedzieć szerszej grupie osób przy użyciu nieco swobodniejszego języka. Stąd pomysł prowadzenia właśnie tego bloga.
Z pewną taką bezczelnością
Czy jest to zatem oznaka naukowego celebrytyzmu? Oczywiście, że łatwiej jest prowadzić bloga w popularnym serwisie i na tym budować wizerunek naukowca, niż na własnych naukowych publikacjach, bo to właśnie one stanowią świadectwo naszego dorobku. Niemniej, na początku drogi na ów dorobek nie składają się opasłe tomiszcza cytowane z równą częstotliwością, co definicje ze Słownika Języka Polskiego. Ale jednak to, co robimy jest dla nas ważne i dobrze byłoby także sprawdzić, czy są to kwestie także poruszające ogół społeczeństwa. Jest to ważne zwłaszcza w przypadku materii takiej jak media. Chcę także zauważyć, że działalność blogerska, zwłaszcza gdy przypieczętowujemy to własnym nazwiskiem i wizerunkiem, niesie ze sobą spore ryzyko i wymaga nieco odwagi lub jak kto woli - bezczelności. Po pierwsze trzeba liczyć się z krytyką, która często daleka jest od argumentacji merytorycznej, wynika z niedoczytania lub braku zrozumienia. Z drugiej strony uczy pokory, bo często krytyka jest uzasadniona i trzeba samemu przed sobą przyznać - dobra, walnęłam głupotę, pomyślmy jak wyjść z tego szamba. Być może w wypadku postaci stale wystawionych na publiczny osąd, jakoś łatwiej to przełknąć. Kiedy komentuję na prośbę dziennikarzy z NaTemat.pl różnorakie medialne wydarzenia, sama uczę się intelektualnej dyscypliny i błyskawicznej konkretyzacji często chaotycznych myśli. Tym ciekawiej, kiedy moja opinia konfrontowana jest ze zdaniem badacza o większym dorobku, z którym być może nie miałabym możliwości w innych okolicznościach polemizować. Jeśli to jest naukowy celebrytyzm, to zdecydowanie się na to piszę.
Z pewną taką bezczelnością
Czy jest to zatem oznaka naukowego celebrytyzmu? Oczywiście, że łatwiej jest prowadzić bloga w popularnym serwisie i na tym budować wizerunek naukowca, niż na własnych naukowych publikacjach, bo to właśnie one stanowią świadectwo naszego dorobku. Niemniej, na początku drogi na ów dorobek nie składają się opasłe tomiszcza cytowane z równą częstotliwością, co definicje ze Słownika Języka Polskiego. Ale jednak to, co robimy jest dla nas ważne i dobrze byłoby także sprawdzić, czy są to kwestie także poruszające ogół społeczeństwa. Jest to ważne zwłaszcza w przypadku materii takiej jak media. Chcę także zauważyć, że działalność blogerska, zwłaszcza gdy przypieczętowujemy to własnym nazwiskiem i wizerunkiem, niesie ze sobą spore ryzyko i wymaga nieco odwagi lub jak kto woli - bezczelności. Po pierwsze trzeba liczyć się z krytyką, która często daleka jest od argumentacji merytorycznej, wynika z niedoczytania lub braku zrozumienia. Z drugiej strony uczy pokory, bo często krytyka jest uzasadniona i trzeba samemu przed sobą przyznać - dobra, walnęłam głupotę, pomyślmy jak wyjść z tego szamba. Być może w wypadku postaci stale wystawionych na publiczny osąd, jakoś łatwiej to przełknąć. Kiedy komentuję na prośbę dziennikarzy z NaTemat.pl różnorakie medialne wydarzenia, sama uczę się intelektualnej dyscypliny i błyskawicznej konkretyzacji często chaotycznych myśli. Tym ciekawiej, kiedy moja opinia konfrontowana jest ze zdaniem badacza o większym dorobku, z którym być może nie miałabym możliwości w innych okolicznościach polemizować. Jeśli to jest naukowy celebrytyzm, to zdecydowanie się na to piszę.
