Restauracje dzielą się na te, gdzie dają jeść i na te, gdzie dają smakować. Z racji wykonywanego zawodu, a jednocześnie wiary i przekonania w to, co głoszę staram się jeść i smacznie i zdrowo. Problem zaczynam mieć jednak w wielu restauracjach, gdzie zawsze zaczynam przeglądanie menu od propozycji przeznaczonych dla dzieci. Nie dlatego, że przepadam za nuggetsami i frytkami, ale odpowiada mi ta porcja posiłku, która jest dla dzieci przygotowywana. Z resztą znajduję na to uzasadnienie. Ze swoim 158 cm ubieram się czasem w dziecięcych sklepach, wiec daję sobie też prawo do dziecięcej porcji w restauracji.
REKLAMA
Niestety, porcje przygotowywane dla dorosłych, szczególnie jeśli wybiera się makaron z sosem często są takiej wielkości, że moja trzyosobowa rodzina ufetowałaby się nią, ale okazuje się, że to taka standardowa „porcja” na raz.
To samo zdarza się w restauracjach z typową, polską kuchnią, słowa: swojska, biesiadna, rustykalna… zobowiązują to podania schaboszczaka wielkości dysku i ziemniaków wielkości piłki lekarskiej. No i warzywa… listek sałaty do dekoracji.
A potem się mówi, że polska kuchnia jest tucząca. Nie zgodzę się z tym. Sama taką propaguję w domu, tak gotuje moja mama i teściowa, ale umiemy dobrze ułożyć wszystko na talerzu - ½ stanowią warzywa, ¼ mięso i ¼ ziemniaki. Obiecuję, że można się tym najeść ze smakiem.
Skrajną propozycją są stylowe, kulinarne atelier. Ostatnio zdarzyło mi się „wcisnąć” do kultowego miejsca Modesta Amaro. Homeopatycznej wielkości danie główne ułożone na gigantycznym talerzu, zabrudzone (przepraszam - udekorowane) osobliwymi kleksami jakiegoś sosu i kilkoma kulkami pieprzu zrobiło na mnie… estetyczne wrażenie z percepcją „o jak miło, nie zamawiałam startera a dostałam”. Błąd. To było danie główne. Hmmmm….
Postanowiłam więc rozłożyć konsumpcje w czasie, aby mniej bolały te wydane grube pieniądze na to „małe co-nie-co” . Nie powiem, dobre to było, a że sama zmusiłam się do „slow foodu” to nawet mogę powiedzieć, że się najadłam. Wyszłam z poczuciem lekkiego najedzenia i wyszczuplonego portfela, ale to było ciekawe doznanie sensoryczne. Odradzam takie miejsca tym, którzy „żyją po to, aby jeść” to miejsce dla tych, którzy „jedzą, żeby żyć i mieć z jednego i drugiego megaprzyjemność”.
