Konserwatywni posłowie, wyrzucając z porządku obrad Sejmu projekty ustaw o związkach partnerskich, nie tylko opowiedzieli się przeciwko zalegalizowaniu związków przez pary homoseksualne, ale też zablokowali możliwość przeprowadzenia wyczekiwanej przez wielu debaty na ten temat. Decyzja parlamentarnej większości wywołała oburzenie liberalnej części społeczeństwa, która uznała blokujących projekty za „troglodytów i obskurantów”. Sprawiła, że liberałowie poczuli coś więcej niż niezrozumienie. Poczuli się zignorowani. W odpowiedzi „światli postępowcy” w zaprzyjaźnionych mediach rozpoczęli bezpardonowe ataki na konserwę, powodując tym samym automatyczne usztywnienie stanowiska większości.
Francuski premier argumentował, że społeczeństwo ewoluuje, zmieniają się sposoby życia i mentalność obywateli, ujawniają się ich nowe aspiracje, a „rząd na nie odpowie”. Rzeczywiście wydaje się, że Francuzi są gotowi na zmianę prawa - opowiada się za nią 56% społeczeństwa, podczas gdy 15 lat temu było zupełnie inaczej.
Gdyby u nas już po legalizacji związków dopuścić do adopcji przez pary jednopłciowe, jak wyglądałby los takiego malca wśród stereotypowo myślących rówieśników, pochodzących z liczniejszych małżeństw mieszanych? Kto będzie odpowiadał za ewentualne szkody psychiczne dziecka, z którego będą się nabijać wszystkie łobuzy w szkole? Może z perspektywy czasu dziecko wolałoby zostać nieadoptowaną sierotką? Sądzę, że bez trudu potrafiłbym w imieniu takiego przysposobionego, gdy dorośnie, skonstruować pozew o zadośćuczynienie za szkody moralne. Nie wiem tylko, czy przeciwko obu tatusiom, czy przeciw sędziemu, który zezwolił na adopcję – czyli przeciwko Skarbowi Państwa.
