Konserwatywni posłowie, wyrzucając z porządku obrad Sejmu projekty ustaw o związkach partnerskich, nie tylko opowiedzieli się przeciwko zalegalizowaniu związków przez pary homoseksualne, ale też zablokowali możliwość przeprowadzenia wyczekiwanej przez wielu debaty na ten temat. Decyzja parlamentarnej większości wywołała oburzenie liberalnej części społeczeństwa, która uznała blokujących projekty za „troglodytów i obskurantów”. Sprawiła, że liberałowie poczuli coś więcej niż niezrozumienie. Poczuli się zignorowani. W odpowiedzi „światli postępowcy” w zaprzyjaźnionych mediach rozpoczęli bezpardonowe ataki na konserwę, powodując tym samym automatyczne usztywnienie stanowiska większości.

REKLAMA
Najważniejszą kwestią zaczyna być pytanie, dlaczego umiarkowani politycy, skłonni do poparcia jakiegoś kompromisu, unikają podjęcia tematu rejestracji związków nieformalnych - w tym par jednopłciowych - na forum Sejmu, mimo że przyzwolenie społeczne na ich tworzenie jest już dość powszechne. Powodem może być pojawiająca się często przy okazji dyskusji na temat związków partnerskich obawa przed zrównaniem praw osób pozostających w związkach małżeńskich z osobami żyjącymi w tzw. wolnych związkach, a zwłaszcza przed możliwością adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Zgoda na taką adopcję budzi w Polsce zdecydowany sprzeciw również tych, którzy w samych związkach partnerskich nie widzą nic złego. Poseł Biedroń – sprawozdawca wykluczonego projektu – swoim wywiadem dla „Wprost”, gdzie dzieli się z czytelnikami chęcią posiadania wspólnie z towarzyszem życia dzieci, tylko dołożył do pieca przeciwników związków partnerskich.
Co do obaw, że nowa regulacja będzie instytucją głównie dla małżeństw homoseksualnych, to przykład najbardziej chyba znanej regulacji dotyczącej związków partnerskich, francuskiego PACS (Pacte civil de solidarité, wprowadzonego do porządku prawnego w 1999 r.) jest dowodem na to, że jest odwrotnie - cieszy się ona dużą popularnością wśród par heteroseksualnych – ponad 90% paktów jest zawieranych pomiędzy osobami o odmiennej płci. Nie sposób jednak nie zadać pytania, czy w interesie ogółu jest dawanie możliwości rejestracji właśnie parom heteroseksualnym. Otóż małżeństwo obwarowane jest wieloma przepisami broniącymi praw dzieci do wychowania w rodzinie. Nawet wbrew wspólnej woli rodziców sąd może, a czasami musi odmówić rozwodu, jeżeli to sprzeciwia się dobru małoletniego potomstwa. W związku partnerskim partner może odesłać partnera jak muzułmanin żonę, a dzieci zostaną na lodzie… Ten problem, bodajże czy nie najważniejszy, jakoś umknął wszystkim z pola widzenia. Wszyscy skupili się na homoseksualistach.
Francja miała być i przez wiele lat była również doskonałym przykładem na to, że rejestracja związków partnerskich nie pociąga za sobą automatycznie przyznania parom homoseksualnym prawa do adopcji. Od 13 lat nic się w tej sprawie nie zmieniło - osoby związane PACS nie mogą adoptować dzieci. Ale ostatnie 13 lat we Francji rządziła prawica. Ostatnio jednak szef francuskiego rządu, Jean-Marc Ayrault – socjalista - przemawiając na forum Zgromadzenia Narodowego, zapowiedział wprowadzenie w 2013 r. prawa do adoptowania dzieci przez homoseksualistów. Czyli chyba jakiś problem istnieje.
Francuski premier argumentował, że społeczeństwo ewoluuje, zmieniają się sposoby życia i mentalność obywateli, ujawniają się ich nowe aspiracje, a „rząd na nie odpowie”. Rzeczywiście wydaje się, że Francuzi są gotowi na zmianę prawa - opowiada się za nią 56% społeczeństwa, podczas gdy 15 lat temu było zupełnie inaczej.
Istnieją dwie filozofie dotyczące wprowadzania w życie nowych regulacji prawnych. Anglosasi z reguły dostosowują na podstawie precedensów prawo do zachodzących zmian. Na kontynencie często wymusza się zmiany społeczne nowymi rewolucyjnymi przepisami.
Głęboko jestem przekonany, że prawo musi być zgodne z pewnymi ogólnymi poglądami obywateli na to, co dobre, co złe, co dozwolone, a co nie. Nie wystarczy, że gdzie indziej coś funkcjonuje, żeby automatycznie wprowadzać w Polsce to samo. Dlatego zgadzając się z francuskim premierem, że przy tego typu zmianach potrzeba pewnej ewolucji, uważam iż przyznanie prawa do adopcji parom homoseksualnym byłoby w tym momencie pójściem pewnym skrótem cywilizacyjnym. Polskie społeczeństwo nie jest jeszcze na to gotowe.
Otóż mówiąc o prawach dorosłych (w tym wypadku homoseksualistów) do posiadania dzieci, zapomina się o prawach i wrażliwości tychże dzieci.
Gdyby u nas już po legalizacji związków dopuścić do adopcji przez pary jednopłciowe, jak wyglądałby los takiego malca wśród stereotypowo myślących rówieśników, pochodzących z liczniejszych małżeństw mieszanych? Kto będzie odpowiadał za ewentualne szkody psychiczne dziecka, z którego będą się nabijać wszystkie łobuzy w szkole? Może z perspektywy czasu dziecko wolałoby zostać nieadoptowaną sierotką? Sądzę, że bez trudu potrafiłbym w imieniu takiego przysposobionego, gdy dorośnie, skonstruować pozew o zadośćuczynienie za szkody moralne. Nie wiem tylko, czy przeciwko obu tatusiom, czy przeciw sędziemu, który zezwolił na adopcję – czyli przeciwko Skarbowi Państwa.
Dlatego powtarzam – nie tak szybko. Trzeba zmienić nastawienie, zwłaszcza młodzieży. Może zacząć od wydania paru uczących tolerancji zbiorów bajek dla dzieci. Na przykład o dwóch królewiczach, którzy mieszkali za siedmioma górami i lasami i prócz tego, że wszędzie mieli daleko, to jeszcze mieli problem z adopcją Kopciuszka, bo sprzeciwiała się temu zła, ultrakatolicka macocha. Albo o tym, że królewna pocałowała żabę, ta przemieniła się w królewnę, którą zapłodniono in vitro i wszyscy żyli długo i szczęśliwie, natomiast reakcyjnego króla ścięto, gdyż przeszkadzał królewnom zawrzeć związek partnerski. Tylko czy my dorośli gotowi jesteśmy takie bajki dzieciom czytać?