„Przebywający z wizytą w Izraelu patriarcha moskiewski i całej Rusi, Cyryl, wezwał w niedzielę do wzmocnienia dialogu między religiami” – czytam w wiadomościach . Jakby w odpowiedzi na ten elegancki, zarazem jakże do tej pory rzadki gest ze strony prawosławnych, Senat RP podjął uroczystą uchwałę w 10. rocznicę ogłoszenia św. Andrzeja Boboli patronem Polski. Wygląda na to, że będziemy musieli to powtarzać co dziesięć lat. Noblesse oblige.

REKLAMA
W kontekście słów patriarchy Cyryla, a zwłaszcza promowanego w Polsce nurtu ekumenicznego kiedy to uroczystości państwowe wielokrotnie są wzbogacane o wspólną modlitwę przedstawicieli różnych wyznań, promowanie postaci Andrzeja Boboli, siedemnastowiecznego Jezuity jest kwestią , z punktu widzenia państwa, delikatną.
Zginął okrutnie zamęczony przez Kozaków w 1657r. w pewnym związku z intensywnym nawracaniem osób prawosławnych na wiarę katolicką. Nie sposób dyskutować z jego zasługami dla kościoła katolickiego. Został męczennikiem i bohaterem. Za te zasługi został świętym katolickim i katolickim patronem Polski. Po co o tym wspominać w uchwale Senatu – nie wiadomo.
Jego działalność dla I Rzeczypospolitej dwojga lub, jak marzył Jasienica, trojga narodów, nie da się zakwalifikować jako owocna, ale raczej jako destrukcyjna.
Dzisiaj, gdy zwierzchnik rosyjskiej cerkwi prawosławnej apeluje do swoich rodaków o "otwarcie umysłów i serc, by po bratersku budować stosunki z sąsiednią Polską", uchwała polskiej wyższej izby parlamentu wygląda raczej na działanie polityczne słabo przemyślane.
W Senacie od pewnego czasu niektórzy senatorowie zwracali uwagę na dewaluację uchwał, które zaczynają być podejmowane z okazji zupełnie nieokrągłych rocznic i często z błahych powodów. Ta ostatnia uchwała jest, niestety, doskonałym przykładem tej dewaluacji. Szkodliwym kuriozum na wielu płaszczyznach, a największa szkoda jest taka, że przeciwnikom Senatu daje argument, że zajmujemy się tam głównie uchwałami okolicznościowymi, na dodatek wtedy, gdy żadne poważne okoliczności nie zachodzą.