Odbyła się dzisiaj debata PIN Talk zorganizowana przez Instytut Transportu Samochodowego poświęcona bezpieczeństwu ruchu drogowego w Polsce. Zebrani zastanawiali się w jaki sposób podnieść bezpieczeństwo na polskich drogach, tak aby kraj nasz przestał plasować się w czołówce smutnych rankingów w ilości śmiertelnych wypadków w Europie.

REKLAMA
Odbyła się dzisiaj debata PIN Talk zorganizowana przez Instytut Transportu Samochodowego poświęcona bezpieczeństwu ruchu drogowego w Polsce. Zebrani zastanawiali się w jaki sposób podnieść bezpieczeństwo na polskich drogach, tak aby kraj nasz przestał plasować się w czołówce smutnych rankingów w ilości śmiertelnych wypadków w Europie. W trakcie dyskusji specjaliści z zagranicy zwrócili uwagę na zadziwiające statystyki opracowane w Polsce, z których wynika, że blisko sto procent wypadków spowodowanych jest czynnikiem ludzkim czyli nadmierną prędkością bądź brakiem umiejętności prowadzących, a zaledwie w przypadku kilku procent powodem wypadków jest zły stan dróg albo techniczny stan pojazdów.
Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że w Niemczech gdzie stan dróg jest nieporównywalnie lepszy od tego w Polsce, a stan techniczny samochodów to zupełnie inna bajka, odsetek ten jest blisko dziesięciokrotnie wyższy niżu nas. Wygląda na to, że należałoby zmienić metodologię, zwłaszcza że w 2012 roku tylko dzięki oddaniu do użytku setek kilometrów nowych, bezpiecznych dróg liczba wypadków śmiertelnych spadła o szesnaście procent. Zadaje to kłam tezie, iż wszystkim nieszczęściom na drogach winni są polscy kierowcy i że zamiast podniecać się instalowaniem nowym fotoradarów trzeba skupić się na zmienianiu infrastruktury drogowej oraz wprowadzaniu takich przepisów, które uniemożliwią rejestrowanie w Polsce ściąganego z całej Europy złomu na czterech kółkach.
W trakcie dyskusji został poruszony przez przedstawicieli Ministerstwa Transportu kolejny problem związany z polskimi kierowcami. Padła teza, iż Polacy mają jakoby wyjątkowe skłonności na tle reszty Europy do niestosowania się do zaleceń wynikających ze znaków drogowych. Nie będę ustosunkowywał się do tego czy rzeczywiście z natury jesteśmy społeczeństwem tak organicznie lekceważącym przepisy. Nie mogę natomiast powstrzymać się od refleksji, że władza wymagająca takich, a nie innych zachowań od obywateli powinna zacząć swoją akcję od siebie samej.
Pisałem już o tym, ale tutaj muszę powtórzyć. Moim zdaniem to czy ludzie szanują przepisy pozostaje to w ogromnej zależności od tego czy władza stosuje mądre czy głupie przepisy. Taki Niemiec na przykład jak widzi znak drogowy wskazujący, że są roboty drogowe i trzeba zwolnić do 30 na godzinę, będzie jechał 30 aż do znaku ogłaszającego, że jest wszystko w porządku. Nie będzie analizował sytuacji, bo wie, że jak władza stawia znak to coś w tym musi być. Polak gdy widzi identyczne znaki nie ma tak jasnej sytuacji. W naszym przypadku możliwe jest że:
• faktycznie są roboty,
• roboty skończono rok temu ale zapomniano zdjąć znak,
• ktoś ukradł znak kasujący zakaz i przestrzeń objętą robotami drogowymi trzeba sobie określić samemu.
Przyzwyczajony do panującego bałaganu i zdany na własną intuicję Polak uzna, że należy jechać 60 km, czyli tak, żeby w razie co się nie zabić, ale tak, żeby nie wyjść na idiotę, jeżeli zarządca drogi o nim zapomniał i każe mu się stosować do idiotycznych poleceń.