W 2004 roku doszło do jednego z najbardziej krwawych zamachów w Europie. W pociągach dowożących ludzi do pracy w Madrycie zdetonowano 10 bomb. Do serii ataków terrorystycznych, w których zginęło 191 osób a ponad 1800 zostało rannych, przyznała się grupa określająca się jako europejskie skrzydło Al- Kaidy.

REKLAMA
Kilka dni później w Hiszpaniii odbyły się wybory parlamentarne, na skutek których upadł prawicowy rząd Jose Marii Aznara, a władzę objęli socjaliści, mimo że jeszcze chwilę przed zamachami preferencje wyborcze były po stronie prawicy. Lewicowy kandydat na premiera, Jose Luis Rodriguez Zapatero, niezwłocznie ogłosił wycofanie z Iraku kontyngentu wojsk hiszpańskich, co w tych tragicznych okolicznościach przysporzyło mu wielkie grono zwolenników.
Tym sposobem została zrealizowana strategia islamskich fundamentalistów, mająca na celu wpłynięcie za pomocą zamachów na wyniki wyborów, a ogłoszona już wcześniej w dokumencie „Iracki dżihad: Nadzieje i zagrożenia”.
W przededniu wyborów we Francji Mohammed Merah - zamachowiec podający się za członka Al-Kaidy - zabił trójkę dzieci oraz nauczyciela przed szkołą żydowską w Tuluzie. Przyznał się także do wcześniejszego zabójstwa trzech żołnierzy pochodzenia maghrebskiego w Tuluzie i pobliskim Montauban 11 i 15 marca i planowanych kolejnych zbrodni. Jak poinformował telefonicznie telewizję France24, zrobił to, aby pomścić śmierć palestyńskich dzieci.
Dzisiejszy zamach będzie miał przemożny wpływ na wybory, ale raczej lewicy nie pomoże, gdyż Prezydent Sarkozy już jakiś czas temu ogłosił, że wojska z Afganistanu wycofa. Tym niemniej ten „bombowy” wkład islamistów w europejską demokrację musi niepokoić.