Tak jak każdy, kto świadomie przeżył 13 grudnia 1981 r. ma swoją opowieść o przebudzeniu się w pierwszym dniu stanu wojennego, tak każdy z nas będzie pamiętał chwilę, gdy dowiedział się o katastrofie 10 kwietnia 2010 r. Ja na całe życie zapamiętam płaczącego w TVN24 nad listą pasażerów Wojciecha Olejniczaka. Przez kolejne godziny wydłużała się lista przyjaciół i znajomych, którzy zrządzeniem losu otrzymali bilet tylko w jedną stronę.

REKLAMA
Ale to drugorzędne czy znaliśmy ofiary bezpośrednio, czy nie. Tego dnia to nie miało większego znaczenia. Wtedy każdy z nas bardzo głęboko odczuł ciężar tragedii, nawet jeśli nikogo nie znał osobiście. I każdy czuł wewnętrzną potrzebę współprzeżywania chwil zaraz po katastrofie. Stąd tłumy spontanicznie zgromadzone na warszawskim Krakowskim Przedmieściu oraz w kościołach. Czy pamiętamy jeszcze to poczucie wspólnoty, jedności, którym zachwycali się socjolodzy i politolodzy w mediach? Co z tego pozostało? Dlaczego ta katastrofa została tak bardzo upolityczniona, że teraz dzieli Polaków tak, że gotowi są okładać oponentów pięściami?
Kolegowałem się od lat z Jurkiem Szmajdzińskim. Z Jolą Szymanek – Deresz grywaliśmy w tenisa. Z Sebastianem Karpiniukiem prowadziliśmy razem kilka projektów zmian prawnych. Godzinami rozmawiałem z Czesławem Cywińskim o AK, ze Stanisławem Komorowskim o polityce, a z Piotrem Nurowskim o sporcie. Z ich bliskimi spotykam się w miarę regularnie. Na nich wszystkich ta śmierć wywarła niezatarte piętno; mimo to, a może dlatego pamięć i żałoba jest ich prywatną sprawą. Oni cierpią i wspominają w milczeniu. Ale wokół spektakl ekshibicjonistów trwa w najlepsze.
Mam wrażenie, że ci najbardziej aktywni krzykacze kradną tym cichym śmierć bliskich. Ranią co chwila ich wrażliwość i nie pozwalają z godnością przeżywać kolejnej rocznicy. Czynią wrażenie ci krzykacze, że tylko ich krewni zginęli w Smoleńsku. Próbują zawłaszczyć katastrofę tym rodzinom ofiar, które nie „latają po mediach” z kosmicznymi scenariuszami.
No ale cóż, nieprzypadkowo chyba właśnie w Polsce napisano książkę „Cisi i gęgacze”, tyle że odwrotnie niż w oryginale, teraz to cisi niewiele mogą, a gęgacze wszystko.