Kim właściwie jest ten człowiek. Niby tylko poseł. Niby tylko prezes jakiejś tam partii, a zachowuje się jak właściciel folwarku. "Kolesie" skaczą wokół niego jak służba wokół panicza przed folwarcznym dworem. Takim go uczyniły media pisząc, że wszystko zależy od niego, a on w to po prostu uwierzył.
REKLAMA
ROZPASANIE PREZESA
Helikopter jak taksówka na wezwanie prezesa. W Świnoujściu mieliśmy histeryczne ogłoszenie, że od teraz, nowy port gazowy będzie nosił imię Lecha Kaczyńskiego. Uroczystość miała iście królewski orszak. Obecni byli wszyscy ważni, elita rządząca krajem: premier, prezydent no i przede wszystkim prezes. Prezes okazał się w tym towarzystwie najważniejszym. On inaugurował swoim płomiennym przemówieniem imprezę. Odnotowały to naturalnie narodowe media. Mam nadzieję. Piszę w ciemno, bo narodowych mediów nie oglądam. Jestem gorszego sortu.
FAKT w swoim poniedziałkowym wydaniu zwraca uwagę na inny istotny, związany z tym wydarzeniem, fakt. Okazuje się, że bezpośrednio po uroczystościach, "koleś" prezesa z partii, minister dysponujący ministerialnym helikopterem użyczył tegoż prezesowi jako taksówki, która w szybkim tempie miała przerzucić szefa na drugi kraniec Polski, do Krakowa.
Wicemarszałek sejmu RP, Joachim Brudziński broniąc prezesa, w internecie napisał, że wytykanie tego faktu Jarosławowi Kaczyńskiemu to „małostkowe czepialstwo”.
Tak zapewne należałoby to traktować, gdyby "kolesie" ministrowie swego wodza zaprosili do rządowych samolotów przy okazji swoich służbowych lotów. W uroczystościach brała udział cała rządowa świta. Wszyscy, albo większość na pewno bezpośrednio po imprezie wracali do Warszawy. Były, domyślam się, rządowe limuzyny i rządowy samolot. Miejsc wolnych zapewne pod dostatkiem. Rzecz w tym, że prezes zaplanował sobie bezpośredni po uroczystościach wypad do Krakowa. Trudno tutaj szukać jakiegoś sensownego uzasadnienia kosztownego przelotu prezesa i to jeszcze na koszt podatnika. Osobiście przypuszczam, że konieczności tej należy poszukiwać w prywatnych czy osobistych emocjach prezesa. Śmiem twierdzić, że prezes po prostu uważał, że w takim dniu należy złożyć kwiaty na grobie brata. Dlatego też w helikopterze prezesowi towarzyszył "koleś" ze świty o nazwisku Brudziński. Panowie sobie polecieli do Krakowa ministerialnym helikopterem po prostu, by zaspokoić grymasy wodza. Godzina użytkowania helikoptera to wg Faktu 6 tys. złotych. Te koszty znajda się w rozliczeniu budżetu MSW. Pewnie jako pozycja o locie na uroczystości do Świnoujścia, a nie jako wycieczka do Krakowa.
Panowie zapewne nakazali pilotowi czekać aż oni załatwią swoje ważne, służbowe sprawy. Lot na drugi koniec Polski, czekanie aż prezes sprawę załatwi i potem powrót do Warszawy to nie jedna a kilka godzin. Pomnóżmy to razy 6 tysięcy.
Warto w tym miejscu przypomnieć zegarek ministra Nowaka. Prezent od rodziców wyceniony na ok. 10 tysięcy. Afera, krzyk i głośny lament o korupcji wśród ministrów. Bodaj najgłośniej darł buzię sam Budziński. Afera na miarę amerykańskiego Watergate. Wielu z nas podziwiało wówczas chamstwo w wykonaniu polityków opozycji. Gdy porównamy jakość zdarzenia tamtego, z tym co dzisiaj obserwujmy i wpis Brudzińskiego lekceważący Polaków to mamy wartość dobrej zmiany.
Mamy wielki skandal. Mamy kolejny dowód na to, że zwykły poseł, prezes jednej z partii politycznych zachowuje się jak władca, car wokół którego wszyscy tańczą. Prezes, jak widać na gazetowym zdjęciu, we wnętrzu ministerialnego helikoptera, jest zadowolony. O poczuciu zwykłej przyzwoitości względem ludu, jak widać na obrazku, mowy nie ma.
