Kolejna część bestsellerowej autobiografii 2013 roku. Rozdział trzeci Pierwszy czas na ziemi

REKLAMA
Dzieciństwo przebiegało dość spokojnie. Do przedszkola miałam 5 minut pieszo, więc mogłam sobie pospać.
logo

Na spacerze z wiewiórką
Pamiętam, że mama ubierała mnie i moją siostrę bardzo podobnie. Często sama szyła nam sukienunie, a że czasy były takie, że ubrań jeszcze w sklepach nie było, to umiejętność szycia bardzo doceniałam. Już wtedy interesowałam się modą. Mama miała ze mną modowy krzyż pański - często musiała nanosić poprawki. Miało być idealnie. Raz ubzdurałam sobie, że wszędzie chcę mieć podoszywane zamki błyskawiczne. Dosłownie wszędzie. Skarpetki, rękawiczki, szeleczki, chusteczki – wszystko musiało mieć zamek. Teraz, jak się tak zastanowię, myślę, że ma to związek z moją potrzebą otwierania tego, co zamknięte. Można to rozumieć wielorako. I tak też to pozostawiam.
Przedszkole miałam znośne. Jak każdy, wymigiwałam się od leżakowania, choć teraz oddałabym za to ostatnią ćwierćdolarówkę. U nas robiło się to tak, że trzeba było się zgłosić to wycierania sztućców po obiedzie i robić to najwolniej jak tylko się dało.
Niezłym sposobem było też powiedzenie, że rodzice przyjdą mnie odebrać zaraz po obiedzie. Ale to też trzeba było wcześniej z rodzicami załatwiać. Płacz często skutkował.
Po przedszkolu miałam dwie godzinki z muzyką. Siadałam, słuchałam, pisałam i czytałam wszystko, co tylko wpadło mi w ręce – pdfy, real booki, VHS , kasety magnetofonowe. Interesowałam się niezmiennie coraz to dziwniejszymi gatunkami muzycznymi. Było to dobre dla samodyscypliny, która jest najważniejsza. Zawsze powtarzałam, że najważniejsza jest regularność. Od dawna staram się ćwiczyć codziennie. A zaczęło się od skrzypiec…