Początek tak zwanego rozdziału czwartego

REKLAMA
W przedszkolu zauważono u mnie ciągoty do muzyki. Nie to, że rodzina tego wcześniej nie dostrzegła, ale woleli, żebym została astronautką, jak kobiety z poprzednich pokoleń do praprababki wstecz. Nic sobie zatem z tego nie robili. Pozwalali mi zajmować się czym tam chcę po obowiązkowych ćwiczeniach kosmicznych – byliśmy w stałym kontakcie z NASA. Uwiło się nawet takie sformułowanie: NASZA NASA. Śmialiśmy się z tego do rozpuku…
logo
w dalszym ciągu chodzimy na spacer
Ale wracając do przedszkola. Rytmiczki przeżywały horror. Darłam się na nie strasznie, bo a to pianino było nienastrojone, a to struny w nim popękane, a to nie miały feelingu, a to miały słabą emisję (głosu). Potrafiłam niby przypadkiem, podczas skakania z grupą w koło jak wiewióreczki, spuścić klapę od piana na łapska jednej czy drugiej.
Wtedy zajęcia odwoływano, a ja miałam spokój.
Innym razem, jak byliśmy na wycieczce do muzeum instrumentów ludowych, stałam przed gablotą z burczybasem i łzy płynęły mi z oczu takim potokiem, jakby sikawki strażaków miały ujście właśnie w moich gałkach.
Poza tym śpiewałam trochę jak Maria Callas, trochę jak Whitney, trochę jak Chór Aleksandrowa, co bardzo wszystkich dziwiło – skąd u tak małej dziewczynki takie możliwości. „Kto ćwiczy ten ma, a teraz papa” zwykłam mówić, po czym oddalałam się do swoich notatek. Zazwyczaj dłubałam w partyturach.