ciekawe co dalej...
REKLAMA
Mama , za namową nauczycielek z przedszkola,postanowiła posłać mnie do szkoły muzycznej, by usystematyzować moją wiedzę, już wtedy akademicką, pod czujną opieką wykształconych ludzi.
W dzień egzaminu nie musiałam iść do przedszkola. Stanęłam przed komisją, przedstawiłam się. Zapytali, czy znam piosenkę o żabce. Prychnęłam tylko, bo to była piosenka dla dzieci. Ja wolałam ambitniej. Skłamałam, że nie znam, ale że mogę im zaśpiewać moją piosenkę.
Bardzo się ożywili, pytali czy o lalach, czy o misiach, ci mozie o ślimaćkach.
Popatrzyłam na nich z pogardą i tylko pytająco kiwnęłam na fortepian. Odkiwnęli, że mogę.
W dzień egzaminu nie musiałam iść do przedszkola. Stanęłam przed komisją, przedstawiłam się. Zapytali, czy znam piosenkę o żabce. Prychnęłam tylko, bo to była piosenka dla dzieci. Ja wolałam ambitniej. Skłamałam, że nie znam, ale że mogę im zaśpiewać moją piosenkę.
Bardzo się ożywili, pytali czy o lalach, czy o misiach, ci mozie o ślimaćkach.
Popatrzyłam na nich z pogardą i tylko pytająco kiwnęłam na fortepian. Odkiwnęli, że mogę.
Zasiadłam, otworzyłam klapę i…
- AND IIIIIIIIIIIIIIIII WILLL ALWAAAAAYS LOOOOOVE YOUUUUUUUU- UUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU…
Chyba nie muszę pisać co stało się dalej. Ambulans zabrał dwie profesorki na sygnale, reszta albo siedziała zalana łzami wzruszenia, albo stała w kolejce po autograf.
Przeszłam. Na instrument główny wybrałam skrzypce.
Moją nauczycielką została Mysyz. Na początku wszystko fajnie-fajnie, ale z czasem…
Mysyz lubiła pokrzyczeć i poznęcać się kiedy nie przygotowałam etiudki czy gamki. Mówiła też, że rzępolę, co bardzo mnie dziwiło, bo chyba nie zorientowała się, że pracuje w podstawówce muzycznej, a nie na Akademii.
Przestało mi się chcieć grać przez nią. Zdarłam ze ścian plakaty japońskich skrzypków z konkursu Wieniawskiego, przestałam nocami śledzić koncerty na żywo w Internecie. Specjalnie też przecinałam sobie lekko nożem opuszki, żeby móc nie iść na lekcję.
Raz Mysyz zamknęła mnie w klasie na klucz i kazała ćwiczyć etiudę. Trochę ćwiczyłam, trochę łaziłam po klasie. Kiedy czas lekcji minął postanowiłam się spakować i wyjść. Na szczęście stała już wtedy pod drzwiami i gadała z jakimś ojcem, otworzyła mi jak szarpnęłam klamkę. Mijając ją burknęłam ‘do widzenia’. Miała szczęście, że byłam siedmioletnią dziewczynką, bo gdybym była trzydziestoletnim osiłkiem, żarłaby te skrzypeczki.
C.D.N.
