Taki właśnie jest tytuł. Ale reżyserem jest już ktoś inny wbrew wszystkim zaistniałym pozorom.
REKLAMA
Film, w którym reżyser Robert B. Weide przedstawia postać Woody’ego Allena , historię jego twórczości, sposób myślenia oraz szczegóły z życia prywatnego. Jest sporo materiałów archiwalnych i dużo szczegółowo opisanych scen z filmów Allena. Świetna rozrywka tak mniej-więcej do połowy, bo materiału jest dużo i gęsto, więc jakby ktoś mnie pytał o zdanie, to doradziłabym, żeby zrobić z tego dwa filmy w cenie jednego. Druga część do odbioru w dogodnym dla siebie momencie. Oddaję pomysł za darmo. Proszę tylko wspomnieć o mnie w kronikach filmowych po mojej śmierci.
Filmy Allena oglądam i lubię, ale do pewnego momentu. Którego - uświadomiłam sobie to właśnie po tym seansie. Na ekranie wypowiadają się aktorki, z którymi Woody był związany poza planem, choć trudno powiedzieć jak bardzo, skoro dowiaduję się, że będąc z Mią Farrow mieszkali w dwóch osobnych mieszkaniach. Jak chcą. Ale. Mam wrażenie, że w starych filmach rozmowy nie są pisane i wyuczone. Nie będę odkrywcą Ameryki pisząc, że Allen wykorzystuje masę motywów, tematów, problemów i sytuacji ze swojego życia. To oczywiście jest świetne, bo wiedząc, że ma wyobraźnię i tendencję do rozważania najdrobniejszych spraw i szukania sensu życia w każdej chwili, mogę sama mieć pewność, że poruszy więcej rozwiązań w swojej głowie niż byłabym to w stanie zrobić sama. Poza tym nie oszczędza złotych myśli i teorii, bo ma ich sporo, więc na pewno takie oglądanie nigdy nie znudzi.
Wypowiadają się jego partnerki filmowe i życiowe, i wiem, że to co w filmie było też w życiu. Mam wrażenie, że oni w tych starszych obrazach nie grali obcych postaci, oni grali siebie. I tego brakuje mi w nowych filmach. Powiada się na mieście, że gdy myślisz o grze aktorów i wszystkim tym, co za kamerą, to znaczy, że film jest kiepski. Oglądając „Annie Hall” nie myślę o tym, czy robili duble, czy długo ćwiczyli. Mam wrażenie, że ilość nagranego na taśmę materiału przed zabraniem się do montażu równa się ilości materiału wysłanego do kin. Żadnych dubli, cięć, poprawek, niedoróbek.
Wypowiadają się jego partnerki filmowe i życiowe, i wiem, że to co w filmie było też w życiu. Mam wrażenie, że oni w tych starszych obrazach nie grali obcych postaci, oni grali siebie. I tego brakuje mi w nowych filmach. Powiada się na mieście, że gdy myślisz o grze aktorów i wszystkim tym, co za kamerą, to znaczy, że film jest kiepski. Oglądając „Annie Hall” nie myślę o tym, czy robili duble, czy długo ćwiczyli. Mam wrażenie, że ilość nagranego na taśmę materiału przed zabraniem się do montażu równa się ilości materiału wysłanego do kin. Żadnych dubli, cięć, poprawek, niedoróbek.
W nowych filmach grają świetni aktorzy, ale oni już bardziej odgrywają sceny, pomysły nie są już tak osobiste, nie ma nietypowego toku rozumowania Allena. Oglądając stare filmy mam wrażenie, że podglądam prawdziwych ludzi, nowe filmy już tylko oglądam.
To taka moja refleksja na temat dokumentu, który jest świetną inspiracją i motywacją do tego, żeby twardo trzymać się swoich przekonań, artystycznych wyborów i wizji estetycznych.
To taka moja refleksja na temat dokumentu, który jest świetną inspiracją i motywacją do tego, żeby twardo trzymać się swoich przekonań, artystycznych wyborów i wizji estetycznych.
