"Czy możliwe jest, że Koreańczycy z północy szykują się w ciągu najbliższych kilku miesięcy do mniejszego ataku, który mógłby zdestabilizować życie na południu? Ataku, w którym mogliby zginąć ludzie? Niestety, może tak być. Choć dla Korei Północnej byłoby to oczywiście samobójstwo" - przyznaje Kenneth G. Lieberthal, amerykański analityk i były doradca Billa Clintona.
REKLAMA
Aleksandra Kaniewska: Po zaostrzeniu konfliktu na linii Japonia-Chiny o wysepki na Morzu Wschodniochińskim, teraz pogarsza się sytuacja na Półwyspie Koreańskim. Korea Północna przeprowadziła niedawno kolejne próby nuklearne, a teraz zrywa układy o nieagresji z południowym sąsiadem. Jest bardzo źle?
Kenneth G. Lieberthal*: Sytuacja jest potencjalnie bardzo niebezpieczna. Kim Dzong-un to nowy, niesprawdzony w rozgrywkach globalnych przywódca. Nasze doświadczenia z jego ojcem i dziadkiem były zupełnie inne. Oni też lubili wzniecać napięcie i prowokować. Ale obydwaj rozumieli też, jak działa geopolityka. Wiedzieli, jak kontrolować eskalację napięcia i osiągać porozumienie, żeby uniknąć pełnego konfliktu. Kim zdaje się nie mieć takiego wyczucia.
Sugeruje Pan, że to kwestia wieku?
Kim Dzong-un ma 30 lat, jest więc bardzo młody. Jego dziadek, Kim Ir Sen, zanim został głową państwa, miał za sobą długoletnią walkę w partyzantce. Jego ojciec z kolei był przygotowywany do roli wodza przez dziesiątki lat. U najmłodszego, trzeciego Kima te przygotowania mogły trwać maksymalnie rok, półtora. To niedużo, żeby zrozumieć, jak działa świat polityki międzynarodowej.
A może ma złych doradców? Przecież nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się za kulisami północnokoreańskiego reżimu.
To prawda. Nie wiemy więc, na ile młody Kim naprawdę ma kontrolę nad wojskiem i wszechobecnymi służbami bezpieczeństwa, a na ile oni kontrolują jego. Pierwsze miesiące władzy Kima były mocno obiecujące – zdawało się, że Korea Północna idzie w stronę kontrolowanego otwarcia. Chwilę później nastąpiła dramatyczna zmiana, zwrot o 180 stopni. Dodatkowo, wiemy, że Kim pozbył się ze szczytów władzy starych działaczy wojskowych, na ich miejsce umieszczając ludzi młodszych i bardziej nowoczesnych. Kto wie, może to oni trzymają go teraz w szachu?
Czysto teoretycznie: na ile możliwa jest wojna między Koreą Północą i Południową? Czy KRLD jest gotowa na atak?
Czysto teoretycznie: na ile możliwa jest wojna między Koreą Północą i Południową? Czy KRLD jest gotowa na atak?
To zależy od pani definicji słowa “gotowa”. Jeśli pyta pani, czy są w stanie zaatakować jutro? Nie, nie są na taki atak przygotowani. Nie widać przesunięcia oddziałów ani śladów manewrów wojskowych przy granicy z Koreą Południową. Atak z zaskoczenia nie wchodzi więc w grę.
A co wchodzi?
Pozostaje pytanie, czy możliwe jest, że Koreańczycy z północy szykują się w ciągu najbliższych kilku miesięcy do mniejszego ataku, który mógłby zdestabilizować życie na południu? Ataku, w którym mogliby zginąć ludzie? I tu odpowiedź jest, niestety, twierdząca. Może tak być. Dla Korei Północnej byłoby to oczywiście samobójstwo. Bez dwóch zdań przegraliby taką wojnę. Ale skala destrukcji, którą by zapoczątkowali, jest ogromna. Większa, niż chcemy sobie wyobrazić.
Spróbujmy.
Niestety, nie jest to takie proste. Dynamika rozwoju takiego konfliktu militarnego jest dość nieprzewidywalna. Wiemy na przykład, że Korea Północna ma broń jądrową, nie wiemy tylko, w jakiej ilości. Nie mamy też pojęcia, kto dokładnie ma nad tym arsenałem kontrolę. To ważne na wypadek, gdyby wybuchł konflikt wewnętrzny. Istotny czynnik to turbulencje ekonomiczne, jakie taka wojna wywołałaby w regionie.
No i jest też czynnik geopolityczny.
Tak, bo nie wiadomo, w jakim stopniu w akcję militarną na Półwyspie Koreańskim zaangażowałyby się Chiny. Czy współpracowałyby z Amerykanami i Południowymi Koreańczykami? Czy byłyby przeciwko nim? Równie ważne jest to, jakie byłyby ustalenia rozejmu po wojnie? Na razie jedyną wiadomą w tym całym enigmatycznym rachunku jest to, że Koreę Północą czekałaby niechybna porażka.
Dobrze, że mówimy o Chinach. Od wczoraj Państwo Środka ma nowe władze – Przewodniczącym CHRLD został oficjalnie mianowany Xi Jinping. A rola Chin w rozgrywkach regionie Azji Wschodniej jest niezmiernie ważna.
Dobrze, że mówimy o Chinach. Od wczoraj Państwo Środka ma nowe władze – Przewodniczącym CHRLD został oficjalnie mianowany Xi Jinping. A rola Chin w rozgrywkach regionie Azji Wschodniej jest niezmiernie ważna.
Prawda. Jedno jest też pewne: Chiny bezwzględnie chcą uniknąć zjednoczonej Korei pod kontrolą rządów bliskich Stanom Zjednoczonym.
A Stany Zjednoczone ogłosiły właśnie dobitnie, że Pjongjang może oczekiwać „pełnej rangi amerykańskich możliwości” jeśli zdecyduje się na niebezpieczne kroki.
A Stany Zjednoczone ogłosiły właśnie dobitnie, że Pjongjang może oczekiwać „pełnej rangi amerykańskich możliwości” jeśli zdecyduje się na niebezpieczne kroki.
Te mocne słowa, który użył Tom Donilon, doradca prezydenta Baracka Obamy ds. bezpieczeństwa narodowego, miały spełniać dwa cele: postraszyć północ i uspokoić południe. Tym bardziej, że władze Korei Południowej zastanawiają się, czy nie warto zainwestować we własny arsenał jądrowy. Tego przemówienia uważnie słuchali więc Koreańczycy po jednej i drugiej stronie granicy.
A Chińczycy?
Chińczycy również, chociaż z nimi akurat rozmawiamy na ten temat od lat. Dla Xi Jinpinga i jego partii wypracowanie spójnej strategii w stosunku do Kim Dzong-una jest wielkim wyzwaniem. Chińczycy mocno nad tym debatują. Na pewno zależy im na jednym – żeby Korea Pn. nie rozwijała broni atomowej i żeby sytuacja na półwyspie była stabilna. I kropka. Chiny nie chcą, żeby Amerykanie mieszali się w sprawy regionu. Balansują na linie – z jednej strony popierają część sankcji wobec KRLD, z drugiej strony, nie chcą sankcji tak surowych, żeby działania rządu Korei Północnej stały się nieobliczalne.
Są w stanie przekonać młodego Kima, że zachowanie status quo i nie rozsierdzanie świata zachodniego leży w jego interesie?
Chińscy przywódcy dostrzegli niedawno, że Kim, albo jego doradcy, wcale się ich nie słuchają! Kłamią przed Chińczykami tak samo, jak kłamią przed resztą świata. My czasem wierzymy, że ponieważ Chiny są największym partnerem handlowym dla Korei Północnej, a także są fizycznie obecne przy samej granicy, oznacza, że kontrolują Koreę. Tak niestety nie jest.
Jak ocenia Pan szanse Xi Jinpinga na świeże, pełne sukcesów przywództwo – zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wewnątrz Chin?
Jak ocenia Pan szanse Xi Jinpinga na świeże, pełne sukcesów przywództwo – zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wewnątrz Chin?
Pożyjemy, zobaczymy. Przed Jinpingiem takie same wyzwania jak przed jego poprzednikami. Oczywiście, jest szansa, że będzie robił pewne rzeczy trochę inaczej niż Hu Jintao. Tak jak są różnice między George W. Bushem i Barackiem Obamą. Nowy prezydent Chin jest bardziej pewny siebie, ma większą wrażliwość niż Jintao. Musi jednak zmierzyć się z trudną sytuacją wewnętrzną. Na pewno nie będzie czynił pochopnych kroków w kierunku rozwiązania problemu z Koreą Północną.
A Japonia i spór o wyspy Senkaku/Diaoyu? „The Economist” kilka miesięcy temu spekulował, czy możliwy jest wybuch wojny o kilka skał.
A Japonia i spór o wyspy Senkaku/Diaoyu? „The Economist” kilka miesięcy temu spekulował, czy możliwy jest wybuch wojny o kilka skał.
Największe niebezpieczeństwo militarnego konfliktu to dziś Korea Północna. Chiny i Japonia to inny wymiar. Ekonomiczna zależność obu krajów jest ogromna. Oczywiście, dochodzą do tego stereotypy i negatywne emocje i po japońskiej, i chińskiej stronie. Jestem przekonany, że żaden z graczy aktywnie nie szuka eskalacji konfliktu, ale jego załagodzenia. Obawiam się jednak, że punktem zapalnym może stać się przypadkowy wypadek. Na Morzu Wschodniochińskim, dokoła spornego archipelagu, jest teraz mnóstwo łodzi patrolowych, samolotów. O wypadek w takich warunkach naprawdę nietrudno.
Tym bardziej, że obu nowych liderów, prezydent Xi Jinping i premier Shinzo Abe, lubi retorykę nacjonalistyczną.
Tak, ale proszę zauważyć, że w obu krajach te trudne kwestie przypadły na czas politycznej sukcesji. Xi został wybrany kilka miesięcy temu, a mianowany wczoraj. Abe wygrał w grudniu wybory, ale w lipcu czekają go kolejne – batalia o wyższą izbę parlamentu. W takim momencie bazuje się na emocjach historycznych, prostych argumentach. A później, w czasie realnego rządzenia, takie emocje najczęściej zamieniają się w pragmatyzm.
*
Kenneth G. Lieberthal: amerykański analityk ds. polityki zagranicznej i globalnej ekonomii w waszyngtońskim think tanku, Brookings Institution, profesor University of Michigan. Był specjalnym doradcą ds. bezpieczeństwa wewnętrznego oraz Azji podczas prezydentury Billa Clintona. Autor wielu książek, m.in. „Governing China: From Revolution Through Reform”.
Kenneth G. Lieberthal: amerykański analityk ds. polityki zagranicznej i globalnej ekonomii w waszyngtońskim think tanku, Brookings Institution, profesor University of Michigan. Był specjalnym doradcą ds. bezpieczeństwa wewnętrznego oraz Azji podczas prezydentury Billa Clintona. Autor wielu książek, m.in. „Governing China: From Revolution Through Reform”.
