Bycie populistą to jak ciągły wiec wyborczy, na którym zawsze jest ciepły posiłek, napoje i uśmiech dla wyborcy. Tak właśnie działa najbardziej charyzmatyczny brytyjski populista, Nigel Farage.
REKLAMA
Amerykański historyk Richard Hofstadter stwierdził kiedyś, że partie populistyczne są jak rój pszczół – najczęściej zaraz po tym, jak użądlą, kończy się ich byt. Patrząc na praktyki z najróżniejszych krajów Europy, a także ważąc doświadczenia z polskiego podwórka (przypomnę: Polska Partia Przyjaciół Piwa zdobyła 16 miejsc w Sejmie w wyborach 1991 r.), trudno się nie zgodzić. Jeśli jednak tak jest, to brytyjska partia UKIP (United Kingdom Independence Party) z jej charyzmatycznym wodzem, Nigelem Farage, zdaje się być wyjątkiem potwierdzającym regułę.
Pszczoła wciąż lata
UKIP powstała w 1993 roku w odpowiedzi kilku brytyjskich antyfederalistów na podpisanie przez kraje UE traktatu z Maastricht. Od początku określała się jako „demokratyczna partia libertariańska”, a jej statutowym celem było wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. UKIP traktowano jako pariasa brytyjskiej sceny politycznej, wiodła żywot marginalny, wciśnięta gdzieś między nacjonalistyczną BNP a partie powstałe z ekscentrycznego poczucia humoru Brytyjczyków: Official Monster Raving Loony Party, Church of the Militant Elvis Party czy Death, Dungeons and Taxes Party.
Do czasu. Choć w wyborach parlamentarnych w 2001 r. UKIP dostała marginalne 1,5 proc. głosów, w wyborach europejskich udało jej się zdobyć 2,5 miliona głosów i zająć tym samym trzecie miejsce, wprowadzając do Parlamentu Europejskiego 12 posłów. W 2009 r. antyunijna retoryka dała jej drugie miejsce w kolejnych wyborach do PE. Rok później, już pod przewodnictwem Nigela Farage’a, partia znów przesunęła się na margines, zdobywając ok. 3 proc. głosów i żadnego miejsca w Izbie Gmin. Część analityków politycznych pogrzebała wtedy UKIP i jej lidera jako populistę mocnego „w gębie”, ale słabego w poważnych politycznych starciach.
Niedawno okazało się jednak, że ta pszczoła nie pozbyła się jeszcze swojego żądła. W wyborach uzupełniających w Eastleigh w hrabstwie Hampshire (po rezygnacji ze stołka liberała Chrisa Huhne’a), UKIP zajął drugie miejsce, pokonując obie duże partie – laburzystów, ale przede wszystkim torysów. Ostatnie sondaże dają eurosceptycznej partii największe w historii poparcie utrzymujące się na poziomie 12 proc.
Polityk niezniszczalny
Kim jest przywódca największej antyunijnej rewolucji na Wyspach? 48-letni Nigel Farage, były makler giełdowy, to postać tak barwna, że fascynuje nawet swoich przeciwników. Polityka zajmuje go od najmłodszych lat. Najpierw był członkiem Partii Konserwatywnej, wielkim fanem Margaret Thatcher i jej wolnorynkowej rewolucji. Z partii odszedł w akcie protestu w 1992 roku, po podpisaniu przez konserwatywnego premiera Johna Majora Traktatu z Maastricht
Słynący z kolorowych krawatów i garniturów w paski Farage trzy razy był już na skraju śmierci. Pierwszy raz w wieku 20 lat, kiedy zdiagnozowano u niego raka jąder. Później prawie zginął w poważnym wypadku samochodowym. I ostatni raz, całkiem niedawno, w dniu wyborów parlamentarnych w 2010 r., kiedy awionetka, którą leciał na wyborczy wiec, rozbiła się na polu w Hinton-in-the-Hedges. Media szybko obiegły zdjęcia Farage’a, którego półprzytomnego i zakrwawionego wyciągano z wraku. Mimo dość poważnych obrażeń (przebite płuco, złamany mostek), szybko wrócił do zdrowia. Przez tygodnie wypominano mu złośliwie, że przyczyną wypadku był baner ze sloganem wyborczym UKIP („Głosuj na swój kraj, głosuj na UKIP”), który zaplątał się w śmigło samolotu. Wybory w 2010 r. partia przegrała z kretesem. Ale dokoła pyskatego polityka stworzyło się coś na kształt kultu. – „Farage jest niezniszczalny” – twierdzą do dziś jego wielbiciele.
Populiści czy demokraci?
W swojej historii UKIP nie wygrał do tej pory żadnego miejsca w brytyjskim parlamencie. Po pierwsze, tak działa wyspiarski system wyborczy, który faworyzuje dwie główne partie – torysów i laburzystów. Po drugie, głosowanie na Farage’a uznawane jest tylko za akt protestu w najbardziej abstrakcyjnej sprawie – czyli w kwestii Europy. Pragmatyczni Brytyjczycy nie chcą, żeby to ekscentrycy rządzili ich finansami, budowali drogi, czy grzebali przy emeryturach czy służbie zdrowia. Ale wysłanie Farage’a do Brukseli, żeby zajmował się sprawami znienawidzonej Unii Europejskiej? Czemu nie.
Świetny francuski historyk i intelektualista Pierre Rosanvallon opisywał demokrację jako niekończącą się walkę między racjonalnym państwem a wolą ludu. Po jednej stronie jest więc więc technokratyczny system państwa. A po drugiej obywatele. To kontakt między nimi, także fizyczny, tworzy stałe napięcie. W największym skrócie, populizm jest więc odpowiedzią na głośne wołanie ludu. Na jego najprostsze, najbardziej palące potrzeby.
Czy w takim razie populiści są gorszymi od polityków partii mainstream’owych reprezentantami demokracji? W jednym z wystąpień Farage przekonywał, że to on i jego partyjni koledzy są prawdziwymi demokratami, bo reprezentują przekonania Brytyjczyków. I miał rację. Dziś więcej niż jedna trzecia mieszkańców Wysp opowiada się za opuszczeniem UE (lub chociaż reformą relacji między Londynem a Brukselą). Marcowe sondaże wskazują też, że większa część wyborców Davida Camerona popiera antyunijne poglądy UKIP – zaostrzenie polityki migracyjnej czy wyjście poza struktury Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Ostatnim przykładem nastrojów na Wyspach jest e-petycja nawołująca rząd do wydłużenia restrykcji w dostępie do brytyjskiego rynku pracy dla mieszkańców Bułgarii i Rumunii. W zaledwie kilka dni podpisało ją ponad 120 tys. osób. Poglądy Farage’a nie są więc marginalne, mimo że on sam jest politykiem marginesu.
Kiełbasa wyborcza
Coraz częściej okazuje się więc, że granica między populizmem a zaangażowaniem jest naprawdę cienka. Wielu polityków partii środka przechodzi na stronę filozofii skrajności, bo skrajność jest silna emocjonalnie, to ona pomaga wygrywać wybory. Ta sama skrajność jest tyle niebezpieczna, co w najzdrowszy sposób demokratyczna.
Populiści mają złe recepty na prawdziwe i realne problemy. To dlatego różnica między przekonaniami Farage’a i Camerona jest niewielka. Ten pierwszy może sobie jednak pozwolić na bezkarne ich głoszenie. Drugi musi lawirować – między zdrowym rozsądkiem, real politik w swojej własnej partii a światem międzynarodowych relacji politycznych i gospodarczych. Jako europoseł i lider partii, która jest poza brytyjskim parlamentem, Farage może głosić wyjście Wielkiej Brytanii z UE w trybie natychmiastowym. Jako premier czy minister, nie mógłby tego zrobić. Bycie populistą to jak ciągły wiec wyborczy, na którym zawsze jest ciepły posiłek, napoje i uśmiech dla wyborcy.
Bo populizm to tylko brzydsza strona demokracji. Tej samej demokracji, którą – jak nam się zdaje – tak dobrze znamy i cenimy.
