W brytyjskim supermarkecie pochodzi do mnie Kenijczyk i mówi: "Jak się masz?" Jego żona jest Polką, mają córeczkę Zosię. Córeczka będzie wielojęzyczna - ojciec mówi w języku angielskim i swahili (to dwa języki oficjalne w Kenii) i dwoma językami lokalnymi (własnego plemienia i plemienia sąsiadów) i uczy się polskiego. Żona jest dwujęzyczna.

REKLAMA
Nie, dziecku się nic nie pomiesza. Moja przyjaciółka pochodzi z Tajwanu, zatem jej ojczystym językiem jest chiński. Jej mąż jest Niemcem. Syn, obecnie pięciolatek, urodził się w Wielkiej Brytanii. Do rodziców zwraca się w ich językach, czyli z mamą rozmawia po chińsku, z ojcem w Hochdeutsch (ojcec - wykładowca uniwersytecki), a osobami trzecimi - porozumiewa się w języku angielskim z bardzo północnoirlandzkim akcentem.
Dzieje się to całkiem naturalnie. Cudownie naturalnie, bez żadnego widocznego wysiłku - chłopczyk automatycznie przeskakuje z języka na język, w zalezności od tego, do kogo sie zwraca. Czasem wrzuca słowa z innego języka, ale tu rodzice zawsze się włączają i przekierowują go na język dominujący w rozmowie, żeby uchronić go przed błędną atrybucją, ale robią to bardzo nienachalnie.
My, Polacy, jesteśmy niestety mocno językowo upośledzeni. Wychowani w monolingualnym świecie, jedynie na obrzeżach Polski może mający okazję wczesnie natknąć na inny język w naturalnym dla niego środowisku, uczeni języków w sposob formalny w szkołach, z założenia tracimy, nie z naszej winy, a raczej winy historii, smak innych światów.
Kenijczyk jest tego świetnym przykładem. By porozumieć się z sąsiednim plemieniem, musiał znać jego język. Linguą franca w Kenii jest angielski i suahili, ale wszyscy naturalnie zanurzeni są w multijęzycznej rzeczywistości na poziomie lokalnym, przydomowym, niezbędnym do nawiązywania relacji międzyludzkich i międzysąsiedzkich.
My, Polacy, tego bogactwa jesteśmy pozbawieni.
A to rodzi lęki. Ostatnio spotkałam się z różnymi obawami mam żyjacych na obczyźnie, że jeśli ich dziecko będzie się uczyło dwóch języków, czyli ojczystego i języka kraju, w którym przebywa, to może je to zanadto obciążyć i zahamować jego rozwój.
Okazuje się, ze jest całkiem odwrotnie. I potwierdza to dr Thomas Bąk z Uniwersytetu w Edynburgu, neurolog, który pracuje nad dwujezycznością. Polak, mówiący siedmioma językami (jak sam twierdzi: na co dzień używa czterech, polskiego, niemieckiego, hiszpanskiego i angielskiego, a na potrzeby prezentacji naukowych - portugalskiego, włoskiego i francuskiego) bada poznawcze skutki znajomości więcej niż jednego języka.
W dzisiejszym wydaniu hiszpańskiego El Mundo Bąk przekonuje, że dwujęzyczność rozwija mózg, ale że w ogóle uczenie się języków jest tym samym dla mózgu, co ćwiczenia fizyczne dla ciała. I że, co pewnie najważniejsze, języka można uczyć się w każdym wieku. Twierdzi on, że mózg jest naturalnie tak wykształcony, że może się z powodzeniem oddać nauce i w wieku dorosłym, wbrew temu, co chętnie głoszą osoby w tzw. średnim wieku, być może wymigując się tym argumentem od podjęcia wyzwania.
Okazuje się też, że uczenie się drugiego języka z tej samej grupy językowej wymaga większej koncentracji, a już z pewnością uwagi, niż uczenie się języka całkiem niepodobnego. Wynika to z faktu istnienia wielu podobieństw i nakładania się pewnych terminów, które, choć brzmią bardzo podobnie, oznaczają coś innego. Zatem, paradoksalnie, Polak uczący się czeskiego będzie musiał w tę naukę włożyć więcej wysiłku niż przy nauce niemieckiego - jego umysł będzie musiał być bardziej aktywny, by wyłapać te różnice.
Bąk dodaje, że uczenie się języków pozytywnie wpływa na myślenie twórcze i elastyczność intelektualną.
Nie wspomina jednak, że może to być tez dobra zabawa. Oczywiście, jeśli kto lubi słowa.
Bo? Bo np. języku perskim istnieje idiom, który, w dokładnym tłumaczeniu, brzmi: "wbijam zęby w wątrobę", a oznacza po prostu cierpliwe czekanie. W angielskim "spadanie psów i kotów" oznacza ulewę, a w hiszpańskim "zrobić serce z własnych flaków" - zebrać się na odwagę.
Dla geeków takie smaczki językowe to miód na serce. :)
Smacznego życzę geekom.