Warszawie grozi zamach - terroryści planują zdetonować ładunek nuklearny. Służby łapią kogoś, kto może posiadać niezbędne informacje- takie, które uratują mieszkańców. Decydują się na tortury jednego człowieka, by uratować miliony. To tzw. scenariusz tykającej bomby, eksperyment myślowy przywoływany w debatach na temat sensu i skutecznosci tortur. Miasto- dowolne.
REKLAMA
Debaty odnośnie sensu stosowania tortur (abstrahując od faktu, że tortury są nieludzkie) zawsze posiłkują się tzw. scenariuszem tykającej bomby.
Brzmi on następująco: uczestnicy debaty proszeni są o wcielenie się w postać decydenta (starszego rangą policjanta, polityka czy wojskowego), który dostaje wiarygodną informację, że grupa terrorystów ma zamiar w krótkim czasie zdetonować ładunek nuklearny w dużym mieście (np. Warszawie). Służby specjalne zidentyfikowały i złapały osobę, która prawdopodobnie zna szczegóły ataku. I teraz pojawia się kwestia tortur: ponieważ schwytany odmawia podania jakichkolwiek informacji, decydent chce go do tego zmusić.
Tak, tortury są nieetyczne, ale czy etyczne jest skazanie milionów ludzi na pewną śmierć? A co, jeśli przesłuchiwany, wbrew założeniom, nie posiada wiedzy, o którą się go posądza i de facto, torturuje się człowieka, który nie może uratować mieszkańców Warszawy?
Każda decyzja podjęta w scenariuszu tykającej bomby jest moralnie zła.
Pojawia się jeszcze inna kwestia- skuteczności tortur. Zdania na ten temat są podzielone.
Mózg ludzki reaguje na ból w bardzo specyficzny sposób – zamazuje wspomnienia. Lawrence Hinkle, neurolog, który współpracował z CIA powiedział, że pamięć pod wpływem bólu staje się mniej dokładna. Więźniarka z lat siedemdziesiątych Sheila Cassidy torturowana w Chile bardzo chciała współpracować z katami, ale nie była w stanie przypomnieć sobie adresu, o który ją pytali. Hinkle podkreśla, że torturowany tak naprawdę może zgodnie z prawdą odpowiedzieć tylko na proste i pytanie, typu “Czy jesteś szpiegiem?”, bo ono bezpośrednio go dotyczy. Natomiast wszelkie podane przez niego informacje wymagają weryfikacji nie dlatego, że może kłamać, ale dlatego, że każda tortura jest traumą dla mózgu, a ten zawodzi pod jej wpływem. Staje się nieprecyzyjny.
Zeznania osób poddanych deprywacji snu, na przykład, nie mają wartości śledczej. Ktoś pozbawiony snu przez dłuższy czas traci jaskrawość myślenia. Plączą mu się fakty. Poza tym – chce spać. Jak mówią prawnicy więźniów z Guantanamo, wydobyte z nich pod wpływem tortur zeznania na nic się zdały, bo albo były wymyślone, albo nie miały strategicznego znaczenia.
"US Army Study of American POW" („Badania nad jeńcami wojennymi” prowadzonymi przez amerykańską armię) podaje, że dostępne dowody sugerują, że tortury mogą też... zintensyfikować opór więźnia. Wynika to z faktu, że człowiek przyzwyczaja się do bólu, a organizm w momencie, w którym tortury stają się nie do zniesienia, po prostu się wyłącza, czyli torturowany traci przytomność lub umiera. Śmierć torturowanego traktowana jest w tym świecie jak porażka przesłuchującego. Jeden z katów powiedział, że tortury to precyzyjna sztuka. Jak praca chirurga.
Są tacy, którzy twierdzą, że każdego można złamać – czyli wydobyć z niego potrzebne informacje (jeśli je posiada - pamiętacie Orwella i pokój 101?).
Były pracownik CIA odpowiedział wykładowcy z Harvardu, Antony'emy Lewisowi na pytanie, czy pod wpływem tortur wyznałby to, co ukrywał, powiedział po prostu:
Po co mieliby ze mną posunąć się aż tak daleko? Natychmiast bym wszystko powiedział- i tak cię przecież złamią. Lepiej zacząć mówić, zanim zacznie boleć.
Niemal zawsze człowiek staje się zdrajcą, zanim jeszcze dojdzie do tortur, bo to stan umysłu.
Jak podał szkoleniowiec, cytowany przez Dariusa Rejali w książce „Torture and Democracy” (2007) ważne jest stworzenie atmosfery strachu i groźby tortur, oferując przesłuchiwanemu niewielką szansę na ich uniknięcie – poprzez współpracę.
Ale i z tym można sobie strategicznie poradzić. Organizacje, do których należą osoby liczące się z tym, że mogą wpaść w ręce potencjalnych katów, stosują następującą technikę zapobiegającą skutkom zdrady – ich członkowie mają wytrzymać tortury przez 24 godziny, w czasie których logistyka i szczegóły przeprowadzanej operacji zostaną zmienione. Jeśli zatem po 24 godzinach schwytana osoba zmięknie i zacznie mówić, wiadomości przez nią podane będą już nieaktualne.
Katem nie jest, wbrew pozorom, krwiożerczy bandyta, który z uśmiechem radości czeka na swoją ofiarę. Na początku swojej ścieżki zawodowej torturujący są tzw. zwykłymi policjantami (banalność zła?) czy żołnierzami o słusznych poglądach (ważne jest, by byli przekonani, że to, co robią ma sens), przeszkolonymi w znoszeniu bólu.
Nie ma szkół wyższych oferujących stopień licencjacki z torturowania, ale są rozmaite szkolenia, mające hartować żołnierzy i przygotowywać ich do znoszenia tortur, gdyby wpadli w ręce wroga. Jednym z takich szkoleń w USA jest SERE (Survival Evasion Resistance and Escape) oferowane amerykańskim służbom specjalnym. Uczy się ich przetrwania w trudnych warunkach, ale szczegółów szkolenia nie zna nikt. Brytyjski pisarz Christopher Hitchens zwrócił się do SERE, by przeprowadzono na nim słynne waterboarding (któremu rutynowo poddawano więźniów w Guantanamo, również tych, którym nie postawiono żadnych zarzutów). Szkoleniowcy uczynili to z dużą wprawą- całość trwała bardzo krótko, ponieważ Hitchens użył ustalonego wcześniej gestu, oznaczającego, że nie może już wytrzymać. Film z eksperymentem na Hitchensie można obejrzeć na YouTube.
Fachowcy-kaci, jak twierdzą badacze tematu, dzielą się na trzy kategorie: sadystów (którzy torturują dla przyjemności), fanatyków (dla sprawy) i profesjonalistów, którzy woleliby tego nie robić, ale jeśli uznają, że muszą – zajmą się procederem. Problem z tymi ostatnimi jest taki, że po jakimś czasie stają się sadystami albo fanatykami. Ryzyko zawodowe.
