Drobna Polka z kucykiem i tłustą grzywką miała na sobie golf, żeby zakryć ślady duszenia. Wypatrzyłam je. Zapytałam o nie. Powiedziała, że to nic naprawdę, takie tam nieistotne otarcia. I żeby nic nikomu nie mówić, bo i tak nikt tego nie zrozumie. Belfast. Wielka Brytania. Polacy na obczyźnie.

REKLAMA
Potem ich zobaczyłam – tę prześladowaną Polkę i jej oprawcę, którego sprawiedliwość niewiele nauczyła....w pierwszym rzędzie w czasie polskiej mszy w Belfaście, gdzie byłam, by opowiedzieć o tym, że bite kobiety mogą szukać pomocy na obczyźnie i ta pomoc jest na wyciągnięcie ręki.
Profil ofiary przemocy domowej (niezależnie od płci, bo i męźczyźni mogą nią być) jest taki sam wszędzie. Tyle, że na obczyźnie ofierze jest jeszcze trudniej niż w Polsce, choć i w Polsce, z tego co wiem od rodaczek, też nie jest łatwo, lecz z innych powodów.
Jedna z pań opowiedziała mi, że wezwani w małym polskim mieście policjanci okazali się być kolegami sprawcy, zatem tylko go pouczyli, jak ma bić, by nie było śladów.
W Wielkiej Brytanii policja takich rad, naturalnie, nie daje, każdy oskarżony o przemoc domową, jest zakuwany w kajdanki i aresztowany (co też bywa wykorzystywane przez osoby, który chcą zmanipulować sytuacją, a i to się zdarza- złe kobiety, które krzywdzą mężczyzn, wymyślając bezpodstawne oskarżenia. Tyle, że bardzo rzadko). Ale polskie kobiety nie wzywają policji w Wielkiej Brytanii, z kilku powodów. Najsmutniejszym z nich jest kompletna izolacja i osamotnienie. Oprawca jest często nie tylko jedynym żywicielem rodziny (i w Polsce się to zdarza), ale przede wszystkim- stanowi jej jedyny kontakt ze światem zewnętrznym.
Bo to on wychodzi do pracy, przynosi pieniądze do domu, bywa, że i zakupy. Ona siedzi w domu z dziećmi, nie zna angielskiego, nie ma koleżanek, nie ma swoich pieniędzy, nie ma swojej karty płatniczej, bywa, że nie ma swojego telefonu komórkowego. Oprawca rośnie w siłę, kiedy ona tę siłę traci. Wydaje jej się- bo nie zna lokalnego systemu- że tylko on jest jej gwarantem życia. Że gdyby podjęła trudną decyzję o odejściu, wyląduje na ulicy, bez żadnej pomocy. Albo nawet, że opieka socjalna odbierze jej dzieci, co tutaj zdarza się nadzywczaj rzadko, a już na pewno nie dlatego, ze matka jest ofiarą przemocy domowej. Jeśli jednak okaże się, ze matka jest ofiarą przemocy domowej i przez LATA z tym nic nie zrobi, faktycznie- wiele ryzykuje.
Bo tolerując kata, toleruje fakt, że na wszystko patrzą dzieci. A to nie jest swiadectwo świadomego macierzyństwa.
Z takimi kobietami pracowałam przez kilka lat. Takie kobiety mieszkają na obczyźnie, w zaklętej pułapce własnego lęku, izolacji, ostracyzmu i niezrozumienia.
Ofiary przemocy domowej są lekceważone. Uważa się je za osoby słabe i bezwolne. Przeciętny, niedoswiadczony takim bólem człowiek, z łatwością feruje wyroki, patrząc przez pryzmat własnej rzekomej siły. Tymczasem sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. To nie słabość, to pułąpka. To, bardzo często, wychowanie w podobnym domu. Lęk, niskie poczucie własnej wartości. Uznanie takiej osoby za słabą, a co gorsza, powiedzenie jej, że jest słaba (co ma ją niby zmobilizować do działania- próżne nadzieje, doprawdy) - to wyrok, to zrobienie kilkunastu kroków wstecz. Moim zdaniem - to okrucieństwo.
Ofiary przemocy domowej na obczyźnie milczą, bo się boją. Wszystkiego, ale przede wszystkim tego, że On się dowie i ukarze. Nie znając angielskiego zakładają, że nie ma dla nich pomocy. Nieliczni psychologowie znający język polski niekoniecznie potrafią zmierzyć sie z takimi sprawami albo są przeładowani. Bywa też, że nie są terapeutami, chociaż się jako tacy ogłaszają. I biorą pieniądze za swoją szarlatanerię.
Ofiary przemocy domowej na obczyźnie milczą, bo się z nich kpi. Jedna z pań poprosiła nieśmiało o pomoc na jakiejs polskiej imprezie, gdy kat poszedł do toalety. Zwróciła się do przypadkowej dziewczyny, pech chciał, że owa przypadkowa dziewczyna miała męża, ktory kata znal i stwierdził, że się wtracać nie będzie. I że „ona pewnie tak lubi”, skoro nic z tym nie zrobiła. A ona nie zrobiła, bo kat zabrał jej telefon, klucz od mieszkania, komputer. Jedyną okazją było zaczepienie kogoś na imprezie.
Ofiary przemocy domowej na obczyźnie milczą, bo się wstydzą. Wyjechały zacząć nowe życie, a to nowe życie stało się gorsze niż w Polsce. Często udają, że jest świetnie. I noszą siniaki na twarzy.
Myślicie, ze przesadzam? Ani trochę. Takich kobiet jest na obczyźnie wiele, ale nie słychać ich, bo nie ma dla nich miejsca. Nikogo nie obchodzi cicha, szara kobieta z wózkiem, która przemyka się po polskich sklepach na obczyźnie, unikajac wzroku innych, unikając konfrontacji.
Organizacja Womens Aid pomaga takim kobietom. Poznałam kobiety, które, nie znając angielskiego, w akcie ostatecznej desperacji pakowały się i podjeżdżały z dziećmi (i bez) pod schronisko dla kobiet. Tam dostawały wikt, opierunek i ciepło samych mieszkanek schronisk, podobnie doswiadczonych, z różnych stron świata. Widziałam w takim schronisku Polkę siedzącą obok malutkiej Chinki. Nie rozumiały się, ale były obok siebie, bezpieczne, bezpieczniejsze, niż w domu.
Widziałam starszą panią, która uśmiechała się do swojego odbicia w lustrze. Znalazła się tam, gdy siniaki na jej ciele zauważyła masażystka – i nie zważajac na jej protesty, zawiadomiła policję. Starsza pani była bita całe swoje życie i tak chciała je zakończyć. W piekle izolacji.
Problem jest o tyle palący, że te Polki na obczyźnie zostaną, urodziły dzieci, zapuściły watle, ale jednak, korzenie. Ich dzieci są niemymi świadkami wielu tragedii, o których nikt nie mówi. Te dzieci będą miały dzieci. I co im dadzą? Jaki bagaż przekażą?
Nieznajomość języka nie jest grzechem, choć pewnie wielu osobom wydaje się, że nie można zamieszkać na obczyźnie bez tego podstawowego narzędzia komunikacji. Otóż można. Ale nie jest to powód, by pozostawić te kobiety same sobie. To przecież zranieni, zagubieni ludzie. Którzy nie poproszą o pomoc.
Wydaje mi się, że naszym obowiązkiem jest to dojrzeć.