Ojcowie XXI wieku są zupełnie różni od tych z XX wieku. Tamci zarabiali pieniądze i znikali duchem. Katorżnicza praca opieki nad dziećmi była pracą niemal wyłącznie kobiecą. Tymczasem w XXI wieku to panowie rozprawiaja coraz częściej ze znawstem o musztardowych kupkach niemowląt. Niech żyje XXI wiek i prawdziwe równouprawnienie!
REKLAMA
Siedzę na targu staroci i patrzę na mijających mnie ojców: z nosidełkami i bez, z wózkami i bez, młodych i nie. Na przeciwko usadowiony na krzesełku niewygodnie ojciec z dwójką dzieci, jednym dopiero co wyklutym, które znajduje się w jego ramionach i wdzięcznie zapluwa mu tweedową marynarkę i drugim, mniej więcej dwuletnim, melancholijnie sączącym coś z własnej kolorowej buteleczki. Obok żona/partnerka. Ma wolne ręce.
Wiele się zmieniło od czasu, gdy byłam dzieckiem. Ojciec to była istota, która zarabiała na dom i zajmowała się głównie w tym domu niebyciem. Ojcowie hucznie oblewali narodziny potomków, a potem na wątłe barki ich żon spadała cała praca z dziećmi związana.
Praca katorżnicza, jeśli ktoś ma złudzenia (ja miałam przed urodzeniem syna).
Żadnego wspólnego karmienia, dyżurów nad dzieckiem, przejmowania obowiązków. I do tego społeczna akceptacja, że tak ma wyglądać życie tylko kobiety.
Matki-cierpiętnicy, która zagryza zęby i zamienia się w maszynę.
Nic dziwnego, że utarło się przekonanie, iż po urodzeniu dziecka życie się kończy (jak mnie straszono, gdy spodziewałam się potomka, ale straszyli właśnie głownie ci, którzy dzielą świat na część męską i żenską).
Tymczasem w XXI wieku obserwuję kolosalne zmiany- dziecko ma oboje rodziców przecież nie tylko biologicznie, ale i emocjonalnie oraz praktycznie. Moi męscy znajomi dzielą obowiązki z partnerkami, łącznie z nocami. Niemiecki przyjaciel wstawał do dziecka przez cały rok, bo jego, skądinąd chińska, żona nie dawała fizycznie rady. Zatem odciągała mleko, a on karmił. Inna para wynegocjowała stan rzeczy następujący: on przynosi jej dziecko do karmienia w nocy, bo ją budzi najmniejsze westchnienie maleństwa, a jego nie (mężczyźni jednak są bardziej odporni na kwilenie niemowląt i chwała im za to, nie zrywają się na równe nogi, gdy maluch stęknie). Po czym odstawia do koszyczka.
W lokalnej przychodni na szczepieniach jedna z belfasckich mam (mieszkam w Irlandii Pólnocnej, UK) nie weszła z maleństwem do lekarza, zrobił to jej mąż. Ona uznała, że nie zniesie krzyku synka.
Takich ojców jest mnóstwo. To ich widuję na targu w Belfaście: przystojnych i nie, okragłych i chudych, młodych i dojrzałych, którzy ze znawstwem rozmawiają o kolkach, o karmieniu, o nieprzespanych nocach. O piłce nożnej, robieniu zdjęć i musztardowych kupkach niemowląt (temat szalenie wdzięczny, wierzcie mi).
Coś się głęboko przereformowało w duszach panów XXI wieku. Przesunęło się pojmowanie męskości z jakiegoś głupkowatego machismo na współodczuwanie. Na partnerstwo rozumiane dosłownie. „Jestem Twoim partnerem do końca.” Na bycie człowiekiem najpierw, a potem istotą określaną przez płeć.
Wśród niektórych emigracyjnych polskich tatusiów widzę jeszcze sporo tradycji z minionego wieku, czyli kompleksy, uznanie, że męskość/ojcostwo to zarabianie pieniedzy i nieobecność duchem, widzę zaharowane matki-Polki, które gotują, sprzątają, wychowują, biegają i dbają. O wszystko, o siebie, nie pozwalają sobie na podkrążone oczy, na tłuste włosy, bo on byłby przecież rozczarowany po przyjściu z pracy.
Rzeczywiście- ich życie się skończyło, zostały zredukowane przez siebie same i partnerów do roli automatu. Smutne to i znamienne.
Ale i to się zmienia. XXI wiek przyniósł- uwaga- równouprawnienie i mężczyzn. Tak, używam tych słow celowo, bo jestem zmęczona głosami feministek (choć pewnie jestem gdzieś i jedną z nich, ale raczej nazwałabym się postfeministką), uważam bowiem, że w paru dziedzinach życia to my, kobiety, a już na pewno nasze matki, odsunęły mężczyzn na dalszy plan. Widzę to po swojej rodzinie, gdzie kobiety same się wciągnęły w kierat, zakładając, że facet to istota ułomna, która sobie nie da rady z niczym, co nie jest widziane jako czynność ściśle „męska”.
No i oczywiście, że sobie nie dawał, bo to sytuacja wygodna. Tymczasem, jeśli naprawdę walczymy o równouprawnienie OBU PŁCI, o równość OBU PŁCI, należy się ona mężczyznom też i to w tak wspaniałej dziedzinie, jaką jest rodzicielstwo. Ojcowie mogą być lepsi od matek, jeśli tylko da im się tę szansę, jeśli się ich nie odsuwa, uznawszy, że nie podołają.
Podołają. Bez problemu. Tylko trzeba im zaufać.
Jak kobiecie na traktorze. Kobiecie - dyrektorce korporacji, czy biochemiczce albo takiej, która miota kulą. Tak i mężczyźnie, który bierze w nocy dziecko do karmienia. Mlekiem w proszku lub odciągniętym przez mamę.
Proste. Dla mnie i tych wielu wspaniałych ojców, których ostatnio poznaję.
Proste. Dla mnie i tych wielu wspaniałych ojców, których ostatnio poznaję.
Czyli- równouprawnienia. Dla wszystkich. I już.
