„Mad About The Boy” Helen Fielding właśnie wyszła w Wielkiej Brytanii i wywołała burzę. Bridget jest pięćdziesięcioletnią wdową po Marku Darcy (Mark zginął w Sudanie, broniąc praw człowieka), która w cudowny sposób oparła się jakiemukolwiek dojrzewaniu. Ale nie starzeniu.
REKLAMA
Przeczytałam. Z sentymentu jakiegoś, licho wie, jakiego.
Bridget emocjonalnie i niestety intelektualnie wciąż jest na poziomie nastolatki, umie tweetować, nie musi pracować, wychowuje dwójkę dzieci (z pomocą niani) i, zgodnie z panujacą wciąż w niektórych kręgach UK modą na antyintelektualizm, konsekwentnie nie czyta nic poza poradnikami. Podziwia Dalaj Lamę, nie mając pojęcia, co ten sobą reprezentuje (ani że finansowała go CIA), głównie dlatego, że ma wielu zwolenników na Twitterze. Oraz, oczywiście, Bridget chodzi na Zumbę.
Bridget emocjonalnie i niestety intelektualnie wciąż jest na poziomie nastolatki, umie tweetować, nie musi pracować, wychowuje dwójkę dzieci (z pomocą niani) i, zgodnie z panujacą wciąż w niektórych kręgach UK modą na antyintelektualizm, konsekwentnie nie czyta nic poza poradnikami. Podziwia Dalaj Lamę, nie mając pojęcia, co ten sobą reprezentuje (ani że finansowała go CIA), głównie dlatego, że ma wielu zwolenników na Twitterze. Oraz, oczywiście, Bridget chodzi na Zumbę.
Sukces dzieł Helen Fielding można zrozumieć- jej książki trafiają do znudzonej klasy średniej, która zmęczona jest ciągłym udawaniem, że robi w życiu coś więcej niż zapisywanie siebie i dzieci na różne kursy po to, by to widzieli sąsiedzi i znajomi. Jeśli dzieci nie posiada- że robi cos więcej, niż odliczanie godzin i minut do piątkowego wieczoru, by móc pójść do klubu i wśród rozmów o niczym zalać się w trupa.
Fielding trochę z tego kpi, ale i jednocześnie robi cnotę z indolencji umysłowej. Bridget jest w sumie nieszkodliwą, acz dramatycznie głupią istotą, usiłującą dorobić do wszystkich swoich idiotycznych ruchów, gaf i niedociągnięć jakąś pseudopsychologiczną teorię, w czym pomagają jej przyjaciele, ci sami zresztą, co w poprzednich częściach. Tyle, że mający dorosłe zawody.
Rozterki pięćdziesięcioletniej Bridget są rozterkami nastolatki, której czas wypełnia lektura kolorowych magazynów, oglądanie w lustrze trądziku ( w przypadku Bridget- zmarszczek) i rozmyślanie o pierwszym pocałunku (w przypadku Bridget- o seksie). Jest przepełniona lękami- boi się samotności i starości, z tym że tego drugiego bardziej ze wzgledu na nieuniknione więdnięcie cielesne, nie utratę pamięci.
Zatem próbuje się botoksowac, odmładzać ubraniami (wąskie buty do uda, legginsy), chodzić do klubów, podawać nieprawdziwy wiek na portalach randkowych, za dużo pije (jak zwykle), flirtuje dokładnie tak samo, jak kiedyś, tyle, że teraz jest to jeszcze bardziej żałosne i nie wyciąga żadnych wniosków.
Nie bedę opowiadała książki, zdradzę jedynie, że Bridget zakochuje się w trzydziestolatku, który nie gardzi wdziękami niemłodej kobiety o duszy dziecka (co byłoby pewnie urocze, gdyby dziecko to manifestowało się ciekawością świata, a nie regresem intelektualnym). W trzeciej części sagi flirt między Bridget a tzw. toy boy`em polega na wymianie esemesów o bekaniu, wymiotach i puszczaniu bąków.
Fielding w poprzednich częściach demonstrowała przynajmniej poczucie humoru – chwilami całkiem spore. Jesli ktoś pamięta postać mamy Bridget, potworną przedstawicielkę klienteli Marksa i Spencera, "straszną mieszczkę", która chodzi do wizażystki, sprowadza ludność tubylczą z egzotycznych wysp w ramach postkolonialnego poczucia winy, które jednak tak naprawdę jest zawoalowanym rasizmem, wie, o czym mówię. Postać- perełka, konsekwentnie sportretowana, bardzo prawdziwa, z wielkimi pretensjami, wszechwiedząca gospodyni domowa, której jedynym życiowym celem jest wzbudzić zazdrość sąsiadów. I ona wciąż w trzeciej częsci niezmiennie trwa w swojej skarłowaciałej dulszczyźnie.
Ciekawie jest też opisany kazus Daniela, który stacza się, w pewien sposób, na dno.
Sama Bridget konsekwentnie przynosi wstyd rodzajowi żenskiemu – i naprawdę nic dziwnego, że nikt nie chce się z nią umawiać. Fielding tłumaczy to rzekomym lękiem mężczyzn przed wiązaniem się, ja- tym, że interesujący mężczyźni (a takich szuka Bridget) naprawdę więcej oczekują od kobiety/partnerki niż seksownej bielizny i nerwowego chichotu, gdy powiedzą coś zabawnego. Zwłaszcza, gdy kobieta ta nie ma osiemnastu lat.
Happy end, w którym Bridget spotyka byłego żołnierza z Afganistanu, jest zatem bardzo rozsądnym rozwiązaniem. On jest poraniony i szuka relaksu, ona kogoś, kto ją przytuli i będzie chciał się związać.
Sama Bridget konsekwentnie przynosi wstyd rodzajowi żenskiemu – i naprawdę nic dziwnego, że nikt nie chce się z nią umawiać. Fielding tłumaczy to rzekomym lękiem mężczyzn przed wiązaniem się, ja- tym, że interesujący mężczyźni (a takich szuka Bridget) naprawdę więcej oczekują od kobiety/partnerki niż seksownej bielizny i nerwowego chichotu, gdy powiedzą coś zabawnego. Zwłaszcza, gdy kobieta ta nie ma osiemnastu lat.
Happy end, w którym Bridget spotyka byłego żołnierza z Afganistanu, jest zatem bardzo rozsądnym rozwiązaniem. On jest poraniony i szuka relaksu, ona kogoś, kto ją przytuli i będzie chciał się związać.
Co prawda, żołnierz ten okazuje się być wyjątkowo wrażliwym człowiekiem, a w to trudno uwierzyć (tak mu się porobiło po omyłkowym zabiciu kilkorga dzieci), ale skoro w poprzednich częściach adwokat zajmujacy się obroną praw człowieka naprawdę zakochał się w kobiecie, która nie umiała odpowiedzieć na pytanie, jaka jest polityka torysów... bajki mają to do siebie, że są nierealne i urocze.
Książkę odłożyłam i do niej nie wrócę.
