Część Belfastu (Irlandia Północna)uczciła wczoraj pamięć jednego z zamachowców, który niechcący zabił dziesięć osób, cywili w sklepie rybnym, w tym dwoje dzieci. Druga część Belfastu zastygła w oburzeniu, że można kogoś takiego chcieć upamiętniać. Konflikt sprzed lat, eufemistycznie nazywany tutaj Kłopotami (The Troubles) nadal pokazuje kostropatą twarz. Ale nie, nie nabierzmy się na to. Świat nie jest czarno-biały. Zwłaszcza w Irlandii Północnej.
REKLAMA
Sklep rybny w 1993 roku na słynnej Shankill Road. Wchodzi doń dwóch zamaskowanych panów z IRA. Jeden kładzie bombę na ladzie. W sklepie sami cywile, w tym dwójka dzieci. Nad sklepem odbywa się zebranie protestanckiej organizacji paramilitarnej (zaklasyfikowanej jako terrorystyczna).
Z członków zebrania nikt nie ginie (choć to oni byli celem zamachowców), a w sklepie rzeźnia- śmierć ponosi dziesięciu ludzi (w tym zamachowiec), a 54 są ranne.
Operację tę opisuje się jako taką, która „tragically went wrong” (nie wyszła, a jej skutki były tragiczne).
Operację tę opisuje się jako taką, która „tragically went wrong” (nie wyszła, a jej skutki były tragiczne).
Bomba wybuchła za wcześnie.
Irlandia Północna w 1993 roku. W 1998 roku przeprowadzono tu grubą kreskę (Mazowiecki ze swoją grubą kreską to pikuś w porównaniu z tym, o czym mieli zapomnieć mieszkańcy Irlandii Północnej) – podpisano Porozumienie Wielkopiątkowe, na mocy którego wszyscy terroryści/ bojownicy o wolność Wielkiej Brytanii i Irlandii Pólnocnej wyszli z więzień. Niezależnie od tego, co mieli na sumieniu.
Wyszedł też człowiek, który podłożył bombę, Sean Kelly. Dostał wcześniej dziewięć dożywotnich wyroków (za każdą ofiarę, wyjąwszy drugiego zamachowca).
Ale gruba kreska to gruba kreska. Zobowiązuje.
Porozumienie Wielkopiątkowe głosiło, że jesli ktoś wypuszczony na wolność popełni choćby najmniejsze przestępstwo, wraca za kratki, by odbyć całą karę.
Sean wrócił do więzienia ... na chwilkę w 2005 roku na podstawie doniesień wywiadu (uznano, że znowu zaangażował się w działalność terrorystyczną). Szybko go wypuszczono.
Po raz kolejny aresztowano go w tym roku - za przeprowadzenie rutynowego w zachodnim Belfaście tzw. punishment shooting, czyli wymierzenia sprawiedliwości przy pomocy strzałow w kolana.
W ten sposob w niektórych kręgach karze się chuliganów lub dilerów narkotyków.
Sean wrócił do więzienia ... na chwilkę w 2005 roku na podstawie doniesień wywiadu (uznano, że znowu zaangażował się w działalność terrorystyczną). Szybko go wypuszczono.
Po raz kolejny aresztowano go w tym roku - za przeprowadzenie rutynowego w zachodnim Belfaście tzw. punishment shooting, czyli wymierzenia sprawiedliwości przy pomocy strzałow w kolana.
W ten sposob w niektórych kręgach karze się chuliganów lub dilerów narkotyków.
Znowu go wypuszczono, bo niczego mu nie udowodniono- osoba ukarana stanowczo odmówiła zeznań, choć nie utrzymywała, ze postrzeliła się sama.
Jak zwykle zeznają niektórzy.
Wczoraj odsłonięto tablicę pamiątkową, by uczcić pamięć jednego z zamachowców, który wysadził się sam. Tabliczka głosi, że Thomas Beagley zginął na służbie.
Córka dwóch ofiar napisała list do uczestników uroczystości, prosząc, by tego nie robili. Napisała, że rozumie ich ból (sic! córka ofiar!), że śmierć to śmierc, ale nie można upamiętniać przecież śmierci kogoś, z którego ręki zginęli niewinni ludzie.
Otóż, argumentują niektórzy republikanie, na wojnie nie ma niewinnych ludzi. Jesteś z nami albo przeciwko nam. Ale wtedy nie było wojny, argumentują rodziny cywili, osób, nie zrzeszonych w żadnych organizacjach paramilitarnych, terrorystycznych, różańcowych. Gdyby była, mówią, mielibyśmy do czynienia ze zbrodnią wojenną. Bo zabijanie cywili, przeprowadzenie zamachu na nich jest zbrodnią przecież.
Nie, mówią ci, którzy uważają, że to była wojna. Na wojnie są ofiary.
Sean Kelly przeprosił ofiary zamachu (jego przeprosiny krążą dzisiaj w internecie i poszły w eter BBC), ale jednocześnie pochwalił Thomasa jako bohatera.
Jak w „Szaleństwach panny Ewy” Makuszyńskiego: piorun, który zabił człowieka, prosi swoją ofiarę, by uznała uderzenie za niebyłe.
Bo Irlandia Północna wciąż zadaje sobie pytanie: kto jest ofiarą, a kto terrorystą. Nie pomogły rozmaite definicje prawne, ukute na pożytek lokalnych sądów w atmosferze poporozumieniowej.
Tu dopiero widać niejednoznaczność interpretacyjną- człowiek z IRA miał, według IRA, dobre intencje. Wojenne dobre intencje.
Chciał zabić członków wrogiej organizacji paramilitarnej (UDA- Ulster Defence Association), której zdarzało się zabijać członków jego organizacji (IRA- Irish Republican Army). Nie wyszło. Zabił cywili. Ups, niedobrze. Ale chciał dobrze.
Tu dopiero widać niejednoznaczność interpretacyjną- człowiek z IRA miał, według IRA, dobre intencje. Wojenne dobre intencje.
Chciał zabić członków wrogiej organizacji paramilitarnej (UDA- Ulster Defence Association), której zdarzało się zabijać członków jego organizacji (IRA- Irish Republican Army). Nie wyszło. Zabił cywili. Ups, niedobrze. Ale chciał dobrze.
Zginął, więc jest ofiarą- taką, jak i ci cywile. Dla IRA. Nie dla rodzin cywili.
Im dłużej tu mieszkam, tym mniej rozumiem, ale - tym więcej bólu odkrywam. Ból mieszkańców tego miasta rozkłada się po równo, ponad podziałami.
Czas tych ran nie goi, bo na ulicach Belfastu mordercy (albo też bojownicy o wolność) robią zakupy obok rodzin ofiar (czy też rodzin wrogów). Żołnierze obu stron spotykają się na mityngach dla byłych alkoholików, rodzin samobójców, ośób cierpiących na syndrom postraumatyczny. Usiłują wypracować jakiś consensus w ramach trudnego procesu pokojowego.
Niemożliwego procesu pokojowego?
Obie strony mocno się starają i obie strony ponoszą kleskę – bo dla jednego bojownik o wolność jest terrorystą dla drugiego. Znamy to z innych miejsc.
Tymczasem tabliczka upamiętniająca zamachowca, który zabił się sam i przypadkowe dziewięć osób, milcząco potwierdza stary truizm, że nie ma jednej prawdy.
Z pewnością nie ma jej w Belfaście.
Z pewnością nie ma jej w Belfaście.
