Powiedział pan w kominiarce do pani kierownicy. Takie zdarzenie miało miejsce we środę w pewnym północnoirlandzkim mieście. Rzecz odbyła się przy zachowaniu wszelkich zasad savoir vivre’u.
REKLAMA
Nazywa się to miasto - Londonderry. To znaczy- tak je nazywają brytyjscy mieszkańcy tej prowincji. Bo Irlandczycy mówią na nie ”Derry” (człon ”London” jest im ohydny, bo to z Londynu wszak sięga ręka, nienawidzonej przez irlandzką część mieszkańców, Królowej).
BBC z kolei ma prikaz, by, gdy coś się w Londonderry/Derry dzieje, donosić o tym, szanując fakt, że Północna Irlandia zamieszkiwana jest niemal po równo przez Brytyjczyków i Irlandczyków, co znajduje odzwierciedlenie w języku – czyli rozłożyć nazwy w tekście po równo.
Czyli wymiennie ma stosować Londonderry i Derry, a jeśli okazałoby się nieszczęśliwie, że jedno z tych określeń miałoby mieć przewagę (nieparzyste występowanie nazwy miasta), wtedy BBC ma napisać tak: Londonderry/Derry.
Jak ja to uczyniłam powyżej.
Jak ja to uczyniłam powyżej.
Na pociągach do Londonderry/Derry też występuje ukośnik. Oraz apostrof. L’derry/Derry, żeby nie obrazić ani katolików ani protestantów ani komunistów ani socjalistów ani unionistów ani republikanów.
Ale nie o tym.
Wczora z wieczora pan, który przedstawił jeno swoją afiliację (że jest z IRA), a lico zasłonił kominiarką (za kilka funtów nabywalną na lokalnych bazarach, wersje dla dzieci też, choć tanśze), zatrzymał był w godzinach szczytu autobus w centrum miasta Londonderry/Derry. Tamże, po krótkim zaanonsowaniu, gdzie leżą jego sympatie polityczne, uprzejmie poprosił pasażerów w liczbie sztuk dziesięć, by opuścili pojazd.
Ale.
Irlandczycy, choć oczywiście w żadnym razie nie zgodziliby się z tym, co teraz napiszę, są szalenie brytyjscy w swojej uprzejmości.
Zatem, jak dzisiaj rano anonsowała BBC, pan w kominiarce „poprosił”.
Belfast Telegraph napisał, że „zażądał”, ale Belfast Telegraph to tuba unionistów, więc pewnie celowo zniekształcili rzeczywitość, by pokazać, że Irlandczycy to chamy.
BBC to niby tuba rządu brytyjskiego, ale po brytyjsku dbają o rzetelne relacjonowanie faktów (mają kodeks dziennikarski, którego przestrzegają), a prawda jest taka, że Irlandczycy są dość brytyjscy w ogładzie.
Tym bardziej, że to nie pierwszy raz. Trzy lata temu mój własny autobus spotkała podobna przygoda. Przez mój własny rozumiem linię, niekoniecznie jednostkę pojazdową.
Minęłam się z kulturalnymi porywaczami o godzinkę. I to w Belfascie, nie Derry/Londonderry.
Zatem wyobraziłam sobie taką oto scenę.
- Proszę państwa, aby państwo opuścili autobus- grzecznie prosi pan w kominiarce.
- Ależ!- mówi jeden z grzecznych pasażerów – Czy to konieczne? Mam sprawę do załatwienia i nie na rękę mi spóźnienie, a następny będzie dopiero za godzinę.
- Ależ!- mówi jeden z grzecznych pasażerów – Czy to konieczne? Mam sprawę do załatwienia i nie na rękę mi spóźnienie, a następny będzie dopiero za godzinę.
Bo, czytelniku, transport publiczny w Irlandii Północnej, jest bardzo podły. Wiem, bo nim jeżdzę.
-Niestety- rozkłada ręce pan w kominiarce. Rozkłada niezręcznie, bo z AK ruchy są ograniczone i kanciaste – Sprawa, z którą jestem tutaj, jest jeszcze pilniejsza, bo dotyczy straszliwej okupacji, jaka nęka nasz kraj.
Mowa o okupacji brytyjskiej.
- Ależ!- mówi inny pasażer – Całkiem sympatyzuję, ale czy nie dałoby się porwać innego autobusu? Właśnie wracam z Marksa i Spencera z lodami i szampanem i lody mi się roztopią, a szampan ociepli, a tego bym sobie nie życzył, choć okupacja mi bardzo niemiłą jest.
- Niestety- pan w kominiarce ma zafrasowany głos (miny nie widać)- Jestem umówiony na akcję w tym własnie autobusie. Przykro mi, że pokrzyżowałem plany, ale coś z tą straszliwą okupacją trzeba zrobić.
- Ależ! – woła inny pasażer. Najwyraźniej nie stąd, bo łamanym angielskim, a i tezę całkiem naiwną wysunął – Ja jestem z Nablusu w Palestynie i u nas nie ma wody, elektryczności i chyba to jest dużo straszniejsza okupacja. Brytyjczycy wam przeciez dużo dali...
- Och- pan w kominiarce majta AK, już zdenerwowany- Brytyjczycy nic nam nie dali! Prócz moze dróg. Medycyny. Kanalizacji. Marksa i Spencera. Demokracji.
(tu powinnam wkleić link do "Żywotu Briana").
(tu powinnam wkleić link do "Żywotu Briana").
- Nic to – kończy pan w kominiarce z ciężkim westchnieniem duszy umęczonej i nierozumianej- Niestety, nie mogę z panstwem dyskutować, bo do tego wszystkiego w plecaku mam bombę, którą chcę wybuchnąć w komisariacie, do którego za chwilę uda się ten autobus.
Pasażerowie, cmokając z niezadowoleniem i kręcąc głowami, wychodzą z autobusu, życząc panu w kominiarce udanego wieczoru i narzekając na pogodę na zewnątrz.
Bo niż przyszedł. A kiedy przychodzi niż nad Atlantyk, wieje, leje i ogólnie jest bardzo nieprzyjemnie, więc nie jest to najlepszy timing na porywanie autobusów i wypraszanie zeń pasażerów. To się prosi o zapalenie płuc.
W autobusie zostaje tylko pani kierownica.
Pani kierownica zostaje poproszona, by zawiozła autobus z bombą na komisariat i by tam wybuchła.
Pani kierownica się zgadza.
Pan w kominiarce zadowolony ze skuteczności perswazji (jedno zdanie), wychodzi z autobusu i odchodzi krokiem wolnym.
Pani kierownica zostaje poproszona, by zawiozła autobus z bombą na komisariat i by tam wybuchła.
Pani kierownica się zgadza.
Pan w kominiarce zadowolony ze skuteczności perswazji (jedno zdanie), wychodzi z autobusu i odchodzi krokiem wolnym.
Pani kierownica nie jedzie na komisariat. Przebija się przez korki i porzuca autobus na opustoszałej ulicy, zawiadomiwszy uprzednio policję (ale via telefon, nie osobiscie, bo nie chciała wybuchnąć, nomen omen, na komisariacie).
I właściwie tyle kulturałek z miejsca mojego zamieszkania.
Ciąg dalszy nastąpi.
(Pani kierownica została okrzyknięta bohaterką – przez obie strony konfliktu.
A wiatr wiał dalej.)
(Pani kierownica została okrzyknięta bohaterką – przez obie strony konfliktu.
A wiatr wiał dalej.)
