Wstać. Usmiechnąć się szeroko i bezmyślnie (bo przed pierwszą kawą) do świata, który jest, jak wszyscy wiemy, obrzydliwy i niesprawiedliwy. Powiedzieć sobie pod nosem kilka razy jakąś afirmację, typu „Dzisiaj jest kolejny wspaniały dzień” albo jeszcze bardziej irytującą i boleśnie nieprawdziwą „jestem wspaniała i mądra i mogę wszystko” i uwierzyć, ze tak jest.

REKLAMA
Choć za chwilę okaże się, że nie działa toster i moja mądrość go nie wskrzesi (bo nie wiem, jak działa toster) albo że znowu nie przyjechał belfaski autobus i skandalicznie spóźniam sie na spotkanie ze swoim rozmówcą. Który okazuje się gburem i się obraża.
Kiedy trafi się coś przykrego, w XXI wieku należy pomyślec, że bedzie lepiej. Kiedy trafi się coś wspaniałego, trzeba pomyśleć, że bedzie jeszcze, jeszcze lepiej. Cudnie będzie. Tak. Bo apetyty mamy nienasycone na rzeczy dobre, tak, jakbyśmy wszyscy zasługiwali na nie cały czas. Jakby nie było nic, poza tym.
Nigdy nie byłam fanką pozytywnego myślenia, bo go nie rozumiem. Oznacza to, że wypadłam z mainstreamu, dlatego, że nie potrafię się nastawiac pozytywnie, nie przeklejam na FB afirmacji i natchnionych cytatów, dotyczących świetlanego jutra, ani nie pocieszam się w najgorszych momentach, ze wszystko się odmieni na dobre, chociażby dlatego, że wcale nie musi.
Tak, należę do tego wąskiego (oficjalnie) grona ludzi, które obawia się przysłowiowej cegły, spadajacej na głowę na ulicy, katastrofy nuklearnej oraz ciężkiej choroby, która, statystycznie rzecz biorąc, musi mnie dopaść jakiegoś dnia. Albo kogos bliskiego. Za dużo jest bowiem chorób na swiecie, w tym rzadkich. Dla osoby, która pół dziecinstwa spedziła studiując „Encyklopedię medycyny” – nie było wówczas internetu- a teraz cierpi na cyberchondrię, jest to wniosek oczywisty.
Bo jeśli nie nowotwór piersi, nie melanoma, to czemu nie mięsak Ewinga lub choroba Kufsa? Jest tylu ludzi na ziemi, ze na każdego coś wypadnie. Tak sobie myślę ciemną nocą. Często.
To wszystko sprawia, ze jestem przygotowana na najgorsze, albo chociaż – na całkiem niedobre. Nie wiem, czy jestem z tym szczęśliwa (urodziłam się pozbawiona ślepej dążności do szcześcia, bo nie wiem, czym jest szczęście. Wiem, czym zadowolenie i ono mi wystarcza), ale jednego jestem pewna- dzięki temu, ze nie nastawiam się pozytywnie do niczego, jestem często, uwaga- pozytywnie rozczarowana, a jeśli wszystko rozwija się podług założonego przeze mnie czarnego scenariusza, nie tylko oszczędzam sobie rozczarowań właśnie, ale i, dzięki negatywnemu nastawieniu (które ja nazywam realizmem), jestem przygotowana.
W dzieciństwie czytałam, oczywiście, „Pollyannę”. Dla niewtajemniczonych, jest to opowieść o dziewczynce (autorką jest Amerykanka, bo to dziewietnastowieczna Ameryka jest kolebką pozytywnego myślenia), która wymyśliła sobie nastepujący sposob na życie: nauczyła się ze wszystkiego cieszyć, w największym nawet nieszczęściu znaleźć aspekt pozytywny. Wszystkich dookoła bardzo to drażniło, ale w świecie fikcji literackiej postawa taka jest zaraźliwa i wkrotce nawet najbardziej nieszczęśliwi byli szczęsliwi, jak przedstawia historia.
Ma to pewnie jakiś sens, ale powiedzcie coś takiego osobie chorej na depresję. Albo anhedonię.
Stosowałam technikę Pollyanny w domu, pełnym turbulencji, ale w końcu porzuciłam. Uznałam bowiem pewnego dnia, że nic nie przynosi lepszego oczyszczenia niż kilkudniowy płacz i narzekanie na swoj los i miłe chwile użalania się nad sobą. Nie mogą one trwac w nieskończonosć, bo się można w nie zapętlić, ale udawanie, że nie ma słonia w pokoju, jak mówią Anglicy, gdy ten właśnie ten pokój zdemolował, oznacza coś bardzo niezdrowego- blokowanie własnych uczuc. A dlaczego miałabym je blokowac? Czemu miałabym przed sama sobą udawać, że nie czuję tego, co czuję?
Jak grzyby po deszczu wyrastają w XXI wieku szkoły prowadzone przez trenerów, którzy uczą pozytywnego myślenia, sztuki samomotywacji, life coachingu (co mnie już szczególnie śmieszy- jak aroganckim typem trzeba być, by nazwac się trenerem życia, czy jak tego potworka zgrabnie przetłumaczyć – biorąc po uwagę fakt, że życie jednak jest pelne niespodzianek i nikt, ale to nikt nie jest w stanie przewidzieć, co się wydarzy za pięć sekund? Jestem tak uczulona na life coach, że jest to chyba jedyny zawód, którego przedstawicielowi nie podałabym ręki, tak mnie zdumiewa bezczelność jego założeń), itp, itd.
Na FB ogłaszaja się jakieś typki sfotografowane z idiotycznym wyrazem twarzy, ujęcie: cała postać lub pół, jasne tło, założone albo rozłożone rece, słuchawka w uchu, typki, które mają tysiące znajomych i wrzucają reklamy jakichś spędów, w czasie których za ciężkie pieniądze można zmienić swoje życie w spowób najbardziej prymitywny i przyziemny (jesli oczekujemy od życia wymiernych korzyści): przyciągnąć fortunę (tak, od myślenia pozytywnego), znaleźc miłość życia niestety myślacą podobnie (czyli pozytywnie), kupić auto i wyjechac na wakacje do drogiego hotelu.
Life coaching. L-I-F-E.
Życie ograniczone do spełniania potrzeb materialnych i zaspokajania ambicji.
A dobra zupa pomidorowa ugotowana w chłodny dzień i zjedzona przy lekturze Lema to nie łaska? A potem naturalny smutek post-jedzeniowy na temat marności tego łez padołu?
Jakiś dziwny człowiek z oczywistymi zaburzeniami psychicznymi ma czelność uważać, że jego życie, wypełnione od rana samooszukującymi się radosnymi uśmiechami, jest ciekawsze i lepsze od życia przeciętnego malkontenta – który zresztą, jak literatura pokazuje, może sie stać uczonym, pisarzem , artystą czy poetą, bo to z targania duszy biorą się wielkie dzieła, a nie z wyćwiczonego, wytresowanego podejścia do swiata, limitującego, tak naprawdę, jego odbiór.
Bliższy jest mi Woody Allen ze swoim: „myślę, że życie dzieli się na straszne i żałos­ne. To są dwie ka­tego­rie. Straszne to, no nie wiem, śmier­telne przy­pad­ki, niewi­domi, ka­lec­two. Nie wiem, jak so­bie ludzie dają z tym radę, to zadzi­wiające. A żałos­ne są życia wszys­tkich po­zos­tałych. Więc jeżeli jes­teś żałos­ny, po­winieneś być wdzięczny lo­sowi, że jes­teś żałos­ny, bo być żałos­nym to wiel­kie szczęście” niż szlachetna w zamyśle Pollyanna (ale dziecku nakażę czytać „Pollyannę”. Niech pozna autentyczne próby szukania radości i odrożni je od cynicznego biznesu, bazującego na zagubieniu ludzi i ich samotności).
Wpadła mi w ręce ostatnio świetna książka pt. „Smile or Die. How positive thinking fooled America” Barbary Ehrenreich . Barbara, z doktoratem z immunologii dobrego amerykańskiego uniwersytetu, dziennikarka New York Timesa, pisarka, analitycznie i na chłodno rozprawia się z mitem pozytywnego myślenia, ilustrując swoją rozprawę wynikami rozmaitych badań, prowadzonych na całym świecie przez uniwersytety i instytucje badawcze.
Nikt nie uleczył jeszcze raka pozytywnym myśleniem ani brokułami. Tyle, że, jeśli się nie jest sterroryzowanym lękami, choroba ta może (ale nie musi) przebiegać lżej, kiedy się chory koncentruje na pozytywnych wynikach. Chory może uniknąć depresji, ale znowu- nie musi, bo ta, nie jest spowodowana brakiem pozytywnego myślenia, ale zaburzeniami w chemii mózgu. O czym wiele osob zapomina.
Co wiecej, Barbara wspomina o tym, że chorzy czują sie sterroryzowani nakazami, by myśleli pozytywnie. Ludzie są różni. Są tacy, którym taka postawa jest bardzo bliska. Wspaniale. Ale jest wielu takich, którym nie jest i nakazywanie, a co wiecej, wymaganie od nich, by gwałcili swoj umysł, bo taki jest trend, może sprawić, że szybciej zachorują na depresję, uznawszy, ze nawet swojego myślenia nie mogą zmienić. ŻE się do niczego nie nadają.
U Barbary zdiagnozowano raka piersi. Nie porzuciła racjonalnego myslenia i nie postanowiła oddać się leczeniu naturalnemu, choć wielu ludzi ją namawiało do tego. Nie wierzyła bowiem w siły naprawcze swojego organizmu, chociażby dlatego, że uznała, iż śmierc jest też cześcią natury i że wcale nie chciała, by ta część natury zwycieżyła, zatem całkowicie oddała się w ręce medycyny. Chciała naturze zapobiec. Oddalić jej wyrok i udało się -na jakiś czas.
I tu spotkała się z terrorem pozytywnego myselnia, co skłoniło ją do napisania tej książki. Z tym, że lekiem na cale zło miała być wizualizacja choroby, afirmacje poranne i pozytywnie nastrajajace ją do życia ziółka. A ona chciała twardych faktów. Statystyk. Danych. I leków.
Jest zdrowa. I pisze.
Oczywiście, że whatever works (za Woody Allenem też, swoją drogą).
Jesli ktoś myśli, że czuje się lepiej, bo rano wstał i się zachwycił promykiem słońca i własną afirmacją i tańcem boso w kuchni, bardzo się cieszę.
I kibicuję.
Chcę tylko poprosić, by tego ode mnie nie oczekiwać od rana do wieczora. Zachwycę się promykiem słońca albo i nie. Jeśli zachoruję albo coś złego mi się wydarzy, proszę, by moi bliscy byli ze mna szczerzy, otwarci i racjonalni. Chcę też poprosić przyjaciół, by w czarnych chwilach, gdy takie nastąpią, a przecież na pewno nastąpią, nie mówili mi, że wszystko bedzie dobrze, bo jeśli nie będzie ( a nikt niczego nie moze zagwarantowac), podam ich do sądu. Chcę prawdy i odwagi w jej formułowaniu. Chcę wiedzieć, co może być dobrze, a co źle.
Kiedy zaszłam w ciążę, pojawiły się trzy miliardy osob, które znam ze świata pozytywnego myślenia właśnie, które wklejają radosne statusy na FB czy cytaty z Dalaj Lamy, które jednoczesnie zarzuciły mnie strasznymi wizjami ciąży, porodu, komplikacji, bólu i rozpaczy.
By mnie ostrzec. Nie było w ich wypowiedziach nic pozytywnego.
Wtedy doszłam do wniosku, ze odkryłam bardzo ciekawą cechę ludzką: że pozytywne myślenie ma dotyczyć tylko nas i naszego życia, natomiast innych, chętnie i twórczo ostrzegamy przed jego bardzo niepozytywnymi aspektami. Byłabym skłonna docenić te wywody akcentujace straszliwość mojej ciążowej sytuacji, gdyby nie wyraźny dysonans poznawczy i przebijajaca się z takiej postawy chęć straszenia.
A ja straszyć nikogo nie chcę. Życie jest wystarczająco straszne i okrutne. Chcę realizmu i prawdy, obojętnie, jakiej.
I doprawdy, nie mogę wierzyć w to, ze bedzie w Belfaście ładna pogoda. Nie bedzie. Nigdy nie ma.