Jest taka kategoria ludzka w języku angielskim: "Monolingual with benefits", jak w filmie "Friends with benefits", który na polski przetłumaczono, zarzynając dowcip, "To tylko seks". Będzie dziś o poliglotach i hiperpoliglotach i o takich, jak ja, którzy by chcieli, ale albo zbłądzili. Albo gdzieś przystanęli albo im talentu nie stało.

REKLAMA
Czytam genialną książkę “Babel no more” Michaela Erarda, który postanowił prześledzić modus operandi, czy własciwie discendi różnej maści poliglotów. Sam jest lingwistą i popełnił cudowne dzieło, śledzące losy osób, ktróe mówią więcej niż pięcioma językami (co ich czyni hiperpoliglotami, jak chcą lingwistyczne definicje).
Zaczyna od kardynała Gioseppe Mezzofanti, który żył w dziewiętnastym wieku i twierdził, że mówi -ha!- w siedemdziesięciu kilku językach. Erard tropi kardynała, szpera w jego notatkach, pamietnikach, korespondencji, po to, by ustalić stopien biegłości kardynała. I wyjaśnić, samemu sobie też, co to znaczy tak naprawdę – ZNAĆ język.
Czy oznacza to biegłość zbliżoną do biegłości native speaker`a? Czy umiejętność nawiązania prostej rozmowy? Czy- znajomość języka to nie tylko znajomość słówek, gramatyki, idiomów, kolokacji, ale i kultury, bez której nie ma mowy o, na przykład, dobrym przekładzie?
Erard się tak gryzie przez całą książkę, która ma tempo i suspens najlepszego kryminału, choć jest wszak dziełem lingwistycznym. Sam siebie określił jako moniglotę, czy tez monojęzycznego z korzyściami, monolingual with benefit, czyli kogoś oczko wyżej niż osoba jednojęzyczna. Dlaczego? Bo się uczył, chętnie i pasjami, wielu języków (od hiszpańskiego po chiński), ale z czasem, nie szlifując ich, wiele mu z nich umknęło, zatem, chcąc być szczerym wobec czytelników, takie określenie wybrał.
Bardzo mi ono przypadło do gustu, bo:
uczyłam się w życiu ponad dziesięciu języków. Niektórych sama, niektórych nie. Zaczęłam od angielskiego, którego uczę się najdłużej (jestem zwolenniczką oczywistej dla mnie tezy, ze języka nie mozna przestać się uczyć), potem był japoński (sama, kilka miesięcy, via angielski, kiedy byłam dzieckiem), potem rosyjski (w szkole, uwielbiałam, startowałam w jakichś olimpiadach, ale bez wielkich sukcesów), następnie włoski (pół roku), francuski (rok), łacina (cztery lata, olimpiada plus matura z łaciny), greka (trzy lata albo dwa, nie pamiętam), perski (ukończona iranistyka), arabski (studia plus lekcje prywatne, trzy lata), hiszpański (dwa lata), niemiecki (rok plus austriacki narzeczony, dobra kombinacja ;), hebrajski (kilka miesięcy), rumuński (miesiąc), jidisz (tydzień ;), ale niemiecki przypomina jidisz, tyle że bez poczucia humoru ;), paszto (z tydzień, skapitulowałam), dari (własciwie wciąż się uczę, ale bardzo dorywczo).
Biegła jestem tylko w angielskim, byłam w rosyjskim i perskim, czytam też w hiszpańskim i niemieckim, jeśli coś dotyczy dziedziny, którą się zajmowałam naukowo, czyli islamu, również po włosku.
Zatem jestem monolingual with benefits, jak napisał Michael Erard, “robię z siebie głupca w tuzinie języków”.
Nałogowo kupuję podręczniki do nauki innych języków (ostatni nabytek za dwa funty to gramatyka punjabi), po to, zeby sobie dla rozrywki poczytać o ich strukturze. Lubię. Nie wiem, czemu, fascynuje mnie to. Lubię wiedzieć, ze w niemieckim orzeczenie ma byc na drugim miejscu, w arabskim na pierwszym, w literackim perskim na koncu zdania, a w polskim i hiszpańskim lata sobie ono, gdzie mówiący chce.
Lubię.
Choć nie jest to ani praktyczne, ani nie stanowi tematu wielu rozmów, ale ta swiadomośc jest mi miła.
Okazuje się, ze takich, jak ja, jest więcej. Pewien polski dyplomata, który obecnie przebywa w jednym z krajów Bliskiego Wschodu, ma podobną pasję. Sprezentował mi niedawno podręcznik do nauki urdu, który wydobył z jakiejś zakurzonej księgarni w miejscu, gdzie był konsulem. Jedna z moich przyjaciółek ma hopla na punkcie liczebników w różnych językach (które stanowią moją piętę Achillesową, zwłaszcza w łacinie i w języku arabskim. Do dziś nie wiem, jak można szybko a poprawnie odpowiedzieć po arabsku na pytanie o czas, biorąc pod uwagę namnożenie wyjątków w odmianie tychże). Hopla porównawczego. Nie mówi w językach, które bada.
Jeden z moich mistrzów zna rosyjski, niemiecki, hindi, sanskryt, francuski, jidisz i pewnie pół tuzina innych języków. Był moim wykłądowcą, a potem kolegą z pracy. Jidisz nauczył się sam- bo chciał móc się w nim komunikowac, gdy do Krakowa przyjeżdżali nowojorscy chasydzi.
Z tym że on jest faktycznym hiperglotą- słyszłam, jak przeskakiwał nonszalancko z języka na język. Z hindi na angielski. Ha.
Niektórym trudno jest uwierzyć w to, ze języki się nie mieszają. Ze można je odseparowac od siebie i nie nakładają się, gdy się ich używa. Pamiętam pewnego bankiera z Krakowa, kórego miałam nieszczęscie poznac i iść z nim oraz jego przyjacielem, też bankowcem w góry. Tak się złożyło (zresztą zwiazana jest z tym zabawna historia. Obaj panowie wzięli ze sobą karty kredytowe. To były lata dziewiecdziesiąte. W schronisku w Pięciu Stawach chcieli coś zjeść. Ku wielkiemu ich zdziwieniu, nie mogli za dwie pomidorowe i herbatę zaplacić kartą. Schronisko nie miało czytnika. Poratowała ich koleżanka- iranistka, humanistka, czyli ja, zresztą wowczas rujnując wlasną kieszen, bo nie mieli też na bilety i inne okołołazikowe wydatki). Pan bankier znał niemiecki i uczył się angielskiego. Ja byłam wówczas na etapie chodzenia na konwersacje z przemiłą Larysą i lekcje z surowym Hasanem. Pisząc doktorat z dżihadu, do czego korzystałam tez z perskiego i in. Pan bankier dowiedział się o tym i powiedział znad pomidorowej z irytująca arogancją: “To niemożliwe. Ja się uczę drugiego języka i wiem, ze to niemożliwe. Tylko tracisz czas.”
Czy miał rację?
Nie sądzę. Wszystko zalezy od biegłosci i dyscypliny, pewnie i talentu. Ale pewność siebie, z jaką to wygłosił, pokazała mi, ze dla niektórych uczenie się języków to Himalaje- jak dla mnie bankowość i zrozumienie działania, na przykład, silnika w aucie.
Przy nauce języków ważny jest cel, a ten wynika z oszacowania własnych możliwości. Jestem osobą, która lubi czytać, ale nie przepadam za tzw. chit-chats. Nigdy zatem nie dążyłam do tego, by móc się świetnie komunikować w danym języku, ale chciałam móc w nim czytać. Wynika to tez pewnie z faktu, ze cierpię na perfekcjonizm, nie znoszę robić błedów. Zatem nie odzywam się, jesli nie ułozę idelanie skonstruowanego zdania, co oznacza, że milczę w popłochu.
To bardzo duży hamulec. Mam znajomego, który ma rozliczne inne talenty, poza językowym. W czasie wielu wyjazdów podłapał trochę hiszpanskiego. I jest lepszy ode mnie, dużo lepszy, bo- mówi. Niechlujnie, okropnie, ale mówi i jest rozumiany, a zatem jego język spelnia funkcję fatyczną :), jak by powiedzieli językoznawcy. Mój- nie. Przeczytam powieśc albo dzieło naukowe, ale nie wypowiem się na temat pogody, bo się zatnę tuż PRZED wypowiedzią.
Fascynuje mnie budowa słów. Badanie ich powiązań. Pochodzenia. Relacji. Lubię tropić źródłosłów. Uwielbiam wyczuwac zapożyczenia. Pasjonują mnie kolokacje. Słownik kolokacji języka angielskiego miałam w Polsce w toalecie. Przydatna lektura. W tym miejscu. :)
Ale, ad rem. Jesli kogos interesują hiperpoligloci, którzy przeskakują z języka na język, którzy piszą listy w kilku językach i do tego poprawnie, lektura “Babel no more” moze być wielką przygodą. Jeśli ktoś chce wiedzieć, JAK to jest możliwe- znajdzie tam parę wskazówek. Niestety, nie mam kontaktu ze znajomym bankierem, chętnie bym mu poleciła tę książkę.
Może już zna na tyle angielski. :)