Z nadejściem obchodów pierwszego maja pojawiła się okazja przypomnienia hasła „umowy śmieciowe” robiącego od pewnego czasu karierę w języku marketingu politycznego. Ile się o tych umowach mówi i pisze może świadczyć fakt, że Google w ciągu 0,2 sekundy znajduje 274 tys. cytowań. W Wikipedii tego hasła brak, jednakże ze znanych mi wypowiedzi wnoszę, że przez umowę śmieciową rozumie się każdy rodzaj umowy o wykonanie pracy nie mający charakteru zatrudnienia na stałe lub też w ogóle nie mający charakteru zatrudnienia. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z dwoma podmiotami gospodarczymi, z których jeden sprzedaje jakąś usługę drugiemu.

REKLAMA
Czytając i słuchając odnoszących się do „umów śmieciowych” wypowiedzi odnoszę wrażenie, że ich krytycy mają zawsze przed oczami bezwzględnego pracodawcę, który wykorzystuje swoją siłę do zniewolenie słabszego pracownika. I oczywiście takie przypadki się zdarzają, może nawet dość często, tyle że nie jedynie przy „umowach śmieciowych”. Znam przypadki zatrudniania na czas nieokreślony na pół etatu, gdzie praca trwała 10 i 12 godzin dziennie, a wynagrodzenie wynosiło połowę wynagrodzenia minimalnego. Wszyscy znamy też przykłady różnego rodzaju niewolniczej pracy na czarno, gdzie pracobiorca (wykonawca) nie ma żadnych praw. Takie zachowanie pracodawców jest nie tylko złe, ale też i głupie. Głupie, bo jak napisał Peter Drucker „najmniej efektywna jest praca niewolnika, a najbardziej efektywna praca ochotnika”.
Osobiście jestem za modelem firmy, w której pracownik jest traktowany jako partner, a nie jako „zasób osobowy” i w której pracuje długo — nawet całe swoje zawodowe życie. Zainteresowanych odsyłam do mojej książki „Doktryna jakości”, którą można pobrać gratis na mojej witrynie
Ale bywają też i inne sytuacje. Jak można przeczytać w raportach z badań TNS Pentor, w Polsce działa około 1,7 mln mikrofirm, tj. firm zatrudniających do 10 pracowników. Wskaźnik przeżycia pierwszego roku oscyluje dla tych firm wokół 60%, co przekłada się na około 200 tys. upadków rocznie. Roczne przychody (nie zyski!) blisko połowy mikrofirm nie przekraczają 45 tys. zł. Ten gospodarczy plankton jest jednak gospodarce bardzo potrzebny.
W lutym 2012 roku mieliśmy w Polsce 2,2 mln bezrobotnych. Czy tym ludziom mogą dać pracę duże firmy? Jedynie niewielkiej ich liczbie i to aż z dwóch powodów. Po pierwsze firm dużych jest za mało, bo tylko około 4.600. Po drugie, one najczęściej potrzebują profesjonalistów, a wielu bezrobotnych takimi nie jest. Ale 1,7 mln mikrofirm, przy sprzyjających warunkach ekonomicznych jest w stanie wchłonąć poważną część tej nadwyżki rynku pracy. Tylko pomóżmy im w rozwoju.
Młode małżeństwo zakłada w miasteczku kawiarnię. Pracują bardzo ciężko, praktycznie od świtu do nocy i oczywiście siedem dni w tygodniu. Z kawiarni czynią ośrodek, wokół którego zaczyna koncentrować się życie społeczne miasta i okolicy. Przychodzi wiosna, a oni wystawiają na ulicę kilka stolików. To przyciąga kolejnych klientów, więc trzeba zatrudnić pierwszego pracownika. Tylko, że w zimie nie będzie dla niego pracy. Więc proponują mu „umowę śmieciową”. Proponują mu taką umowę, jaką sami mają z rynkiem. Nikt nie daje im gwarancji, że będą mieli pracę na całe życie. Nie mają nawet prawa do okresu wypowiedzenia. Bo rynek nie wypowiada. Rynek po prostu z dnia na dzień przestaje płacić.
Kto chce poczytać prawdziwe opowieści o małych firmach niech sięgnie po książkę „Moja historia, moja firma — portrety polskich przedsiębiorców rodzinnych”, którą można bezpłatnie pobrać w pdf na witrynie stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych.
W imieniu tych właśnie firm, ale też i tych większych, apeluję, by nie nazywać „śmieciowymi” czasowych umów o pracę. By nie piętnować w ten sposób firm, które zawierają takie umowy, jeżeli przy tym zachowują się wobec pracownika przyzwoicie i po partnersku.
Pragnę też wyjaśnić, że umowy czasowe są potrzebne nie tylko mikrofirmom. Bardzo wiele firm musi stawić czoło sezonowości. Na przykład największa amerykańska firma przetwórstwa pomidorów, która stanowi wzór partnerstwa pomiędzy firmą i pracownikiem i o której można przeczytać na http://www.moznainaczej.com.pl/morning-star, zatrudnia 400 pracowników stałych, a w sezonie dodatkowo 700 sezonowych, z których większość wraca do niej co rok. Gdyby miała zatrudniać 1.100 pracowników przez cały rok, to wypadłaby z rynku.
Jest też i inny aspekt „umów śmieciowych”. Otóż w całym rozwiniętym świecie rynki oczekują od firm coraz większej elastyczności. Z dnia na dzień trzeba podejmować nową produkcję, oferować nowe usługi, a gdy moda przemija, błyskawicznie zmieniać kierunek działania. Aby podążać za rynkiem, trzeba móc szybko zatrudniać i szybko zwalniać. Rośnie zapotrzebowanie na okresową pracę, na „wolnych strzelców”. To najczęściej mali jednoosobowi przedsiębiorcy, którzy wzięli swoje sprawy w swoje ręce (w Polsce jest ich blisko milion). Nie mają stałej pracy, składki ZUS płacą za siebie sami, a gdy jadą na urlop, nie zarabiają. Nie zarabiają też, gdy są chorzy. Ale mogą się ubezpieczyć, oczywiście za własne pieniądze. Nie mają łatwego życia, ale są potrzebni gospodarce i społeczeństwu. Nie piętnujmy więc tych, którzy dają im pracę.
O nadchodzeniu ery wolnych strzelców można przeczytać na www.Ekonomia24.pl.