Dużo się mówi ostatnio o zrównaniu w prawach kobiet i mężczyzn i bardzo dobrze, że się o tym mówi, bo rzeczywiście jest po temu wiele powodów. Zapomina się jednak przy okazji, że jeżeli A ma być równe B, to B musi być równe A.
REKLAMA
W informacji prasowej wydanej 2 lipca 2012 roku przez Fundację Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego i Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce czytamy:
Przedstawiamy stypendium dla bibliotekarek im. Olgi Rok. To wzruszająca historia o babci i wnuczce, o sile kobiecych historii i marzeniach, które stają się rzeczywistością.
Olga Rok była mądrą i silną kobietą, bibliotekarką, która bardzo wcześnie zrozumiała, że biblioteki to dużo więcej niż miejsca, w których wypożycza się książki. Przez niemal całe swoje życie pisała dziennik. To właśnie on po latach zainspirował jej wnuczkę Anię do stworzenia stypendium wspierającego rozwój osobisty bibliotekarek z małych miejscowości. Stypendium będzie finansowane ze środków utworzonego w tym celu funduszu wieczystego. (…) O stypendium im. Olgi Rok mogą ubiegać się bibliotekarki z małych miejscowości.
Ciesząc się z tej informacji o bardzo pięknej i ze wszech miar potrzebnej inicjatywie pomyślałem sobie jednak, jakie byłyby reakcje społeczne i medialne, gdyby ktoś ufundował stypendium nie dla bibliotekarek, ale dla bibliotekarzy, a więc jedynie dla mężczyzn. Jak zostałoby to przyjęte przez media i opinię społeczną.
Proszę nie sądzić, że jestem antyfeministą. W mojej cukierniczej firmie 70% pracowników stanowią kobiety, a gdy byłem prezesem zarządu, to było w nim dwóch mężczyzn i cztery kobiety. Nikomu też nie przychodziło do głowy, że kobiety mogłyby zarabiać mniej od mężczyzn zatrudnionych na tych samych stanowiskach. Kobiet było i nadal jest w naszej firmie większość nie dla sprostaniu zasadzie parytetu, ale dla tego, że są po prostu dobrymi pracownikami.
Na początku XX wieku powstał w Stanach Zjednoczonych związek Rotary. Stworzyli go zamożni mężczyźni, którzy postawili sobie za cel udzielanie ubogiej młodzieży (bez różnicy płci!) pomocy w zdobywaniu zawodu, a także w kształtowaniu etosu rzetelnej pracy. Na swoich sztandarach napisali „Service above selve” -- służba innym ponad korzyść własną. Dziś ten związek jest federacją zrzeszającą około 34 tys. klubów w prawie 170 krajach (w tym w Polsce). Należy do nich ponad 1,2 mln Rotarian.
W kilka lat po Rotary powstała bliźniacza organizacja kobieca pod nazwą Zonta. No może nie całkiem bliźniacza, bo jej celem jest udzielanie pomocy jedynie kobietom. Ale to bardzo dobrze, że powstała Zonta, bo w wielu krajach, środowiskach, grupach społecznych kobiety były i nadal potrzebują szczególnego wsparcia. Niech Rotary pomaga chłopcom i dziewczętom, a Zonta tylko kobietom. Nie widzę w tym niczego złego.
Dlaczego więc o tym piszę? Otóż dlatego, że kilkadziesiąt lat później Sąd Federalny USA nakazał związkowi Rotary taką zmianę konstytucji, aby kobiety mogły do Rotary należeć. Czy to jednak nie oznacza, że mężczyźni zostali pozbawieni prawa do zrzeszania się? Na to mi wygląda, a przy tym nie wyobrażam sobie żadnego sądu -- w cywilizowanym świecie rzecz jasna -- który zabroniłby zrzeszania się kobietom. Przecież to by było zupełnie bez sensu.
Kilka lat temu wysłuchałem bardzo mądrego przemówienia polskiego europosła dra Jana Olbrychta. Powiedział on m.in., że jeżeli chcemy dać kobietom więcej szans na rozwój zawodowy i zajmowanie ważnych stanowisk, to zamiast mówić o parytetach, otwierajmy więcej żłobków i przedszkoli. W odczuciu moim, a także wielu kobiet, z którymi rozmawiałem, parytet to w prostej linii uznanie, że kobieta jest zawodowo gorsza od mężczyzn. To jest uznanie nierówności, a więc dyskryminacja. Bo „dyskryminacja” pochodzi od łacińskiego „discriminatio”, co oznacza „rozróżnianie”, a więc i „czynienie różnicy”.
