W ostatnią niedzielę września zakończył się w Warszawie festiwal Szalone Dni Muzyki, w ramach którego odbyło się 60 koncertów i wystąpiło 950 wykonawców. To już trzecia polska edycja międzynarodowego festiwalu La Folle Journée, który po raz pierwszy odbył się w Nantes w roku 1995.
REKLAMA
Jak napisano na festiwalowej witrynie: „Najważniejszym założeniem i wyzwaniem festiwalu jest przełamywanie powszechnych stereotypów (podkreślenie moje) nieprzystępności muzyki klasycznej, poprzez zachęcanie i ułatwianie udziału w koncertach szerokiej publiczności.” To bardzo dobrze, że odbywają się takie festiwale, bo jak zwykł mawiać nieodżałowany Jerzy Waldorff „muzyka łagodzi obyczaje”, a tej łagodności ostatnio mamy pewien niedostatek.
Tegoroczny festiwal poświęcono w całości muzyce rosyjskiej. Z tego się też bardzo cieszę, bo to piękna muzyka, a i polsko-rosyjskim stosunkom pewne złagodzenie obyczajów dobrze zrobi. Trochę się jednak zdziwiłem, gdy na plakacie festiwalowym zobaczyłem lokomotywę z czerwoną gwiazdą. Indagowany w tej sprawie w radio Tokfm dyrektor festiwalu skomentował rzecz wyjaśniając, że festiwal jest z zasady apolityczny. I taki oczywiście powinien być. Jednakże pomyślałem sobie, co by to było, gdyby na Festiwalu Mozartowskim pokazano na plakacie lokomotywę ze swastyką. Pewnie artyści niemieccy odmówiliby przyjazdu, niemieckie MSZ wystosowało do polskiego rządu notę dyplomatyczną, a opozycja w sejmie zażądała dymisji gabinetu premiera Tuska. Kładę złoto przeciw orzechom, że tak właśnie by było. I oczywiście okazałoby się, że przez tę swastykę, festiwal stał się wprost niezwykle polityczny. A tu tym czasem stereotyp braterskiej Armii Czerwonej wciąż żywy. Jak ten Lenin. A może by go tak nieco przełamać?
