Po dość długim milczeniu, spowodowanym rozlicznymi zajęciami zawodowymi, przytaczam poniżej moją wypowiedź w trakcie dyskusji panelowej, jaka miała miejsce na Piątym Zjeździe Firm Rodzinnych w Krakowie (listopad 2012). Przytaczam ją, by zwrócić uwagę na fakt, że od tego, ile pieniędzy przywiezie rząd z Brukseli, ważniejsze może być, na jaką glebę gospodarczą one trafią.

REKLAMA
Jednym z poważniejszych problemów gospodarczych i społecznych Polski jest ponad dwumilionowa rzesza bezrobotnych. Wiele się o tym mówi, a wśród różnych pomysłów zaradczych pojawia się dość często myśl, że ten problem mogą rozwiązać inwestycje zagraniczne w nowoczesny przemysł. Niestety - nic nie ujmując wartości takich inwestycji dla polskiej gospodarki - nie mogą być one rozwiązaniem problemu bezrobocia i to aż z trzech powodów:
Po pierwsze, stworzenie jednego miejsca pracy w nowoczesnym przemyśle kosztuje od 100 do 500 tys. Euro. Gdybyśmy więc przyjęli, że średni koszt wynosi 250 tys. Euro, to na stworzenie 2 ml miejsc pracy zagraniczni inwestorzy musieliby wydać 500 mld Euro. A tego z pewnością nie możemy się spodziewać.
Po drugie, nawet gdyby takie miejsca stworzono, nie byłyby dostępne dla większości naszych bezrobotnych ze względu na ich brak wiedzy i umiejętności. Wiele trzeba umieć, aby stanąć przy warsztacie za ćwierć miliona Euro.
Po trzecie, nawet gdybyśmy wyszkolili naszych bezrobotnych, Polska nie sprzedałaby takiej masy nowoczesnych produktów przemysłowych.
Zagraniczne inwestycje, choć - nadal to podkreślam - bardzo ważne, problemu bezrobocia nie rozwiążą. Nie rozwiążą jego też duże firmy już działające w Polsce bo jest ich jedynie około 4.600, a więc dla wchłonięcia tylu bezrobotnych każda musiałaby stworzyć średnio ponad 400 miejsc pracy. Każda! - a przecież firma duża zaczyna się już od 250 pracowników.
Jakie są wobec tego możliwe rozwiązania? Kto może stworzyć brakujące miejsca pracy? Wydaje się, że jedynie firmy z sektora MŚP, a więc mikro, małe i średnie, a wśród nich ponad 1,5 ml firm rodzinnych. To jest możliwe, ale polskie firmy muszą mieć lepsze warunki gospodarowania. Wszyscy wiemy, że z tym nie jest najlepiej, choć - podkreślmy to - o niebo lepiej niż trzydzieści lat temu. Że jednak mogłoby być znacznie lepiej świadczy pozycja Polski w rankingu poziomu wolności gospodarczej czy to mierzonego co roku przez Instytut Frasera w Vancouver
czy też raportowanego przez Bank światowy w biuletynie Doing Business. A dlaczego poziom wolności gospodarczej jest ważny? A dlatego, że im więcej wolności gospodarczej, tym wyższy dobrobyt i poziom życia.
Indeks wolności gospodarczej Instytutu Frasera ustawia 144 kraje Świata na skali mierzonej według pięciu kryteriów:
1. Wielkość rządu: wydatki rządu, system podatkowy, liczba i rozmiar przedsiębiorstw państwowych. Im większe państwo, tym niższy indeks.
2. Struktura prawa i pewność prawa własności.
3. Dostęp do zdrowego pieniądza, a więc do bezpiecznych dla firmy form finansowania.
4. Wolność handlu międzynarodowego.
5. Regulacje dotyczące kredytów, prawa pracy i prowadzenia firm.
W tym rankingu Polska znajduje się aktualnie na 48 miejscu uzyskując 7,31 punktu, a wyprzedają nas m.in. (numery początkowe oznaczają miejsce na liście, a numery w nawiasach - liczbę punktów):
1. Hong Kong (8,90)
2. Singapur (8,69)
3. Nowa Zelandia (8,36)
4. Szwajcaria (8,24)
14. Estonia (7,74)
28. Litwa (7,54)
33. Słowacja (7,45)
35. Armenia (7,42)
36. Rumunia (7,41)
42. Albania (7,34)
42. Gruzja (7,34)
47. Francja (7,32)
48. Polska (7,31)
Za nami, spośród krajów Unii Europejskiej, uplasowały się (w podanej kolejności) Czechy, Łotwa, Węgry, Grecja i Włochy. W tym więc rankingu nie jesteśmy najgorsi, ale dlaczego nie mielibyśmy być lepsi? Przecież do podniesienia poziomu wolności gospodarczej nie potrzeba żadnych poważniejszych inwestycji. Oczywiście koalicja rządząca musi ponieść ryzyko polityczne, bo trzeba przeprowadzić reformy, które z pewnością nie wszystkim się spodobają. I to niestety wydaje się główną przeszkodą.