W korporacyjnej nowomowie „stargetowani” to ci, którym postawiono cele i określono nagrody za ich osiągnięcie. Paskudne słowo, ale że i sama idea nie najwyższych lotów, dobrze do siebie pasują.

REKLAMA
Pisałem nie raz tu i ówdzie, a w tym i na niniejszych łamach (np. w mojej poprzedniej wypowiedzi), że zaganianie ludzi do pracy przy pomocy kija i marchewki - a „targetowanie” jest właśnie jednym z wariantów tej metody - przynosi zawsze i wszędzie wynik przeciwny do oczekiwanego.
Jakiś czas temu brałem udział w konferencji naukowej na jednej z krajowych uczelni. Konferencja była w zasadzie krajowa, ale wystąpiła na niej grupa zamorskich referentów, którzy znali jedynie swój język ojczysty, przy czym nie był to język angielski. Ich wykłady były więc tłumaczone, co jednak nie wychodziło im na dobre, gdyż okazywało się, że niczego nie mieli do powiedzenia. Dlaczego zostali więc zaproszeni? A no dlatego zapewne, że dzięki nim konferencja zyskała kwalifikację międzynarodowej, co przekłada się na odpowiednią punktację tekstów opublikowanych w materiałach tej konferencji. Myślę, że w przyszłości zamorscy goście urządzą u siebie „międzynarodową” konferencję, dzięki czemu dzisiejsi gospodarze będą mieli okazję do zdobycia kolejnych punktów.
Osobom mniej wtajemniczonym w arkana zarządzania nauką wyjaśniam, że dziś - i wcale nie tylko w Polsce - naukowców ocenia się według liczby punktów uzyskanych za publikacje. A publikacja publikacji nie równa, gdyż zależy od punktowej oceny publikującego ją wydawnictwa.
Kiedyś, ponad dwadzieścia lat temu, gdy nie wymyślono jeszcze punktów, brałem udział w innej i naprawdę międzynarodowej konferencji w Kanadzie. Byłem w komitecie programowym tej konferencji, którego zadaniem było recenzowanie nadsyłanych prac. Jakież było moje zdziwienie, gdy pierwszego dnia konferencji zobaczyłem w programie wiele spośród prac, które ja i moi koledzy rekomendowaliśmy do odrzucenia. Zagadnięty w tej sprawie organizator wyjaśnił, że na konferencję przyjadą jedynie ci, których prace zostały przyjęte, gdyż pozostałym ich macierzyste uczelnie nie sfinansują wyjazdu. A on, organizator, musi dbać o budżet.
Mój Drogi Czytelnik być może oczekuje teraz, że mam jakiś sprawdzony sposób na poradzenie sobie z tym problemem. Niestety nie mam, ale przypomina mi się definicja matematyka, jaką podawał prof. Hugo Steinhaus, jeden z najświetniejszych matematyków XX wieku. Otóż jego definicja była następująca: „matematykiem jest każdy, kogo inni matematycy za matematyka uważają”. Więc może by przyjąć tę jego definicję za punkt wyjścia do dyskusji? Bo tak jak jest, raczej być nie powinno.