Trzeba mieć wiele optymizmu i samozaparcia, aby proponowane przez ministra sprawiedliwości rozwiązania odnośnie wykonywania zawodów „reglamentowanych” nazywać deregulacją. W istocie rzeczy państwo dereguluje jedynie tę sferę, która je – mówiąc umownie – niewiele kosztuje. Prawdziwa deregulacja musiałby polegać na rezygnacji z części swojego władztwa nad obywatelami, uproszczeniu systemu podatkowego, zmniejszeniu ogólnych obciążeń finansowych, administracyjnych, ale również represji karnej i administracyjnej. W obszarze tym mamy jednak do czynienia z procesem odwrotnym. Prawdopodobnie dlatego wykonuje się zabiegi "deregulacyjne".
REKLAMA
Najważniejsza jest właściwa prezentacja pomysłu. Wskażmy ludziom grupy wybrańców: samorządy zawodowe i korporacje, które hamują rozwój gospodarczy, nie wpuszczają nikogo do swojego grona, zwiększają bezrobocie i zmniejszają ogólny dobrostan. Nikt przecież nie będzie analizował faktu całkowitego wypełnienia runku w poszczególnych „przeregulowanych” branżach, stale spadających cen usług, faktycznej możności wykonywania danego zawodu.
Liczy się efekt psychologiczny przeciwstawienia jednych drugim. Jeżeli w badaniu tych drugich będzie więcej, to trzeba trzymać z nimi. Efekt ten jest szczególnie cenny bo przecież kosztem „zderegulowania” jednych, będzie można niepostrzeżenie doregulować inne miejsca, dokręcić niedokręcone jeszcze śruby, upoważnić kolejną nowo powstałą służbę do niczym nieskrępowanego dostępu do wszelkich danych o obywatelach, zwiększyć podatki i inne obowiązki. Obywatel rozradowany uwolnieniem zawodu bibliotekarza, o którym marzył przez wiele lat, z pewnością przeoczy te fakty. I to jest słuszna koncepcja.
