Wykorzystywanie sprawy aborcji przez prawicowych polityków i Kościół katolicki do trzymania pod bronią wielu milionów obywateli, wpisuje się bez reszty w polską normalność. Narzędziowe traktowanie ludzi należy do istoty polityki. A jednak aktualne pozostaje pytanie, jak to się dzieje, że zwykli ludzie, którym to ufundowane na głupocie okrucieństwo „zmuszania do rodzenia za wszelką cenę” nie jest do niczego potrzebne, pogrążają się w nim bez pamięci.

REKLAMA
Jak to się dzieje, że w ludzkich duszach lęgnie się ta pycha, wyniosłość, okrucieństwo, mizoginizm? Jakiegoż wysiłku intelektu i woli wymaga utrzymywanie tak bezdusznej postawy? Bezdusznej wobec kobiet, przyszłych matek dzieci niepełnosprawnych, które w pokręconej perspektywie „obrońców życia” albo nie istnieją w ogóle, albo sprowadzone są do roli czegoś daleko mniej ważnego niż samice zwierząt hodowlanych.
Jak dalece trzeba wyłączyć emocje, empatię, współczucie, żeby nie pochylić się nad strasznym losem matki skazanej na urodzenie niepełnosprawnego dziecka, przy czym – jak wiadomo – pojęcie niepełnosprawności to w wielu przypadkach dramatyczny eufemizm.
Przed wynalezieniem nowoczesnych metod diagnostycznych matki w okresie ciąży były wolne od psychicznych cierpień wiedzy o nieuniknionym. Dzisiaj jest to, co do zasady, niemożliwe. Matka cierpi od dnia pierwszego „nieudanego” USG. Jakie uczucia mogą jej wtedy towarzyszyć? Żal, nienawiść, obrzydzenie, dysonans poznawczy. To tylko słowa, ale można próbować wejść w jej położenie.
Obrońcy życia niczego takiego nie robią. Deklaracje szczęśliwych konfesyjnych mam, wdzięcznych fundamentalistycznemu ginekologowi za sprowadzenie na świat ich książątek, że równie mocno cieszyłyby je te niepełnosprawne, można włożyć między bajki (miłość to inna sprawa). Przypadki odbiegające od reguły, jedynie potwierdzają istnienie zasady.
Jak to się dzieje, że dla obrońców życia, wszystko co ludzkie, staje się tak obce? Jaka jest droga rozwoju bezwzględnych mężczyzn, nieczułych kobiet? Co trzeba czynić, żeby wyzbyć się sumienia? Jakie zestawy kompleksów czynią z mężczyzn okrutnych mizoginów zabierających głos w nieswojej sprawie? Jakie popędy rządzą kobietami, które – przynajmniej dopóki same nie muszą rodzić niepełnosprawnego dziecka – nie szanują rozpaczy swoich koleżanek?
W mojej pracy zawodowej na co dzień obcuję z różnorakimi przejawami zła. Niezwykle rzadko mam poczucie, żeby wykraczało ono poza zwykłe ludzkie słabości, głupotę, lenistwo, chciwość, zaburzenia psychiczne. Ale kiedy przysłuchuję się „obrońcom życia”, szczególnie w ich męskim wydaniu, ubranym w lekarskie kitle bądź wylansowane stroje publicystycznych gentlemanów, niemal zawsze mam poczucie obcowania z substancją prawdziwego Zła. Zła, które oni sami określają mianem Szatana.