O autorze
Zawodowo adwokat. W wolnych chwilach zajmuję się filozofią prawa, etyką, filozofią społeczną i filozofią w ogóle.

Uważam, że światu potrzeby jest kolejny renesans. Nic jednak nie wskazuje, aby miał on nastąpić. Dlatego ze względnym spokojem oczekuję apokalipsy. W jej obliczu większość naszych problemów staje się pozorna. Dotyczy to również problemów prawa i filozofii. Przede wszystkim o tym ma być ten blog, a co z tego wyjdzie..., zobaczymy.

e-mail: jedrek.gasior@gmail.com

Zapraszam również na mój blog związany głównie z przyrodą miejską, problemami samorządności, społeczeństwa obywatelskiego, etc. gasiorowski.e-sochaczew.pl oraz na stronę mojej kancelarii: Adwokat Andrzej Gąsiorowski

Dodatek do religii

Tak jak filmy są dziś w telewizji dodatkiem do reklam, tak polska szkoła jest dodatkiem do lekcji religii. Jeśli pojawiają się w niej jeszcze zajęcia z polskiego, matematyki, nauk przyrodniczych, to tylko po to, żeby wprowadzić w błąd część rodziców. Podkreślam „część”, ponieważ większości Polaków jest dobrze z religią w szkole. Nie trzeba ich zwodzić, bo „religijność” szkoły w pełni akceptują i popierają.


Taki stan rzeczy odpowiada również znacznej części dzieci. Jeśli w amerykańskich szkołach dobry koszykarz lub futbolista może liczyć na łagodniejsze traktowanie przez nauczycieli przedmiotów ścisłych, to w Polsce obowiązuje podobne „prawo”. Zaangażowanie w działania religijne na terenie szkoły i poza nią pozwala na w miarę bezstresowe przebrnięcie przez zajęcia, które były niegdyś istotą nauczania. Niezorientowanym przypomnę, że chodzi tu o lekcje języków, matematyki, fizyki, chemii, biologii itd.


O ile sam fakt wpajania religii i określonej wizji światopoglądowej (przecież nie chodzi tu o „naukę” religii) w państwowej szkole i za państwowe pieniądze jest skandalem, to ilość godzin, jakie się temu poświęca, jest skandalem do kwadratu. Dwie godziny religii są całkowicie nieprzypadkowe. Jedna godzina „przedmiotu” nie pozwalałby na utrzymywanie dzieci w stanie nieustannego „religijnego” napięcia. Dzieci mają o TYM myśleć cały czas. Od lekcji do lekcji, przez weekend, mogłyby, nie daj Boże, zapomnieć, po co chodzą do szkoły. A chodzą do niej, żeby poznawać pokrętny kodeks etyczny polskich hierarchów (Chrystus w polskiej odmianie katolicyzmu dawno już został wyparty przez kult Matki Boskiej, a ta z kolei już niedługo zostanie wyparta przez kult św. Jana Pawła II). Hierarchowie wiedzą również, że trzy godziny to byłoby już za dużo. Ten niezdrowy pokarm musi być podawany w strawnych dawkach. Jedna lekcja to za mało, trzy za dużo. Podniósłby się rwetes.


Polskie szkoły są dziś odmianą szkół koranicznych, z tym zastrzeżeniem, że nie można dokonać prostej podmiany Koran – Biblia. Jak powiedziano wyżej, Biblia została w tym (samym z siebie skandalicznym) procesie indoktrynacji skutecznie zastąpiona przez wariacje na temat katolickiej etyki (w wersji stworzonej przez hierarchów) i znajomość katolickich obrzędów (do tego sprowadzają się „katechezy”). Nie idzie wszak o to, żeby dzieci poznały historię Noego i Abrahama (co byłoby w innych warunkach całkowicie wskazane), ale żeby widziały, co na temat in vitro sądzą hierarchowie i żeby pogląd ten przyjęły za własny.


Obraz rzeczy, w którym wiedzę zastąpiono pokraczną wersją wiary w postaci zajadłej, bezkompromisowej i bezdusznej etyki, doznaje potężnego wsparcia ze strony samorządów, w których od jakichś dziesięciu lat demokracja wypierana jest przez odwieczny polski sojusz wójta i plebana. Samorząd, podobnie jak szkoła, jest dziś w Polsce dominium religii. W tym miejscu następuje potężne sprzężenie zwrotne. Szkoły stają się miejscem promocji religii wspieranej przez konfesyjnych samorządowców, ci z kolei otrzymują w zamian poparcie księży i pogrążonych w religijnej aktywności rodziców, których wysiłki w znacznej mierze koncentrują się na wspomaganiu religijnej aktywności dzieci. Na wezwanie katechetki, która stwierdzi, że dana placówka nie dość gorliwie realizuje PROGRAM, odpowie każdy samorządowiec, odpowiednio „korygując” szkolną rzeczywistość. Samorządowcy doskonale zdają sobie sprawę, że od poparcia lokalnego proboszcza uzależniony jest ich polityczny los.

Gdzie w tym miejsce dla nauczycieli? Część z nich jest częścią systemu. Wzrastali w nim i dziś w pełni go akceptują. Grupa ta stanowi, będący zawsze pod ręką, support dla szkolnych katechetek. To „religijne” pobudzenie tych ostatnich sprawia, że proponowane przez nie aktywności – jasełka, inscenizacje, przedstawienia i modlitwy – skutecznie wypierają inne formy szkolnego współdziałania. Współdziałania, które – jakby się przynajmniej wydawało – powinno zmierzać do wspólnego zdobywania wiedzy i (choćby uproszczonych) wartości obywatelskich.

Pozostała część nauczycieli dla świętego spokoju milczy, koncentrując się na przetrwaniu w niełatwej szkolnej rzeczywistości. Można jedynie współczuć im bezsilności. Nie tylko nie mogą obronić świeckiej wersji szkoły (musieliby mierzyć się z państwem), ale na zupełnie elementarnym poziomie nie są w stanie obronić szkoły jako miejsca zdobywania wiedzy naukowej, ponieważ umysły i psychika dzieci są objęte zupełnie innymi procedurami.

Polska szkoła jest dziś dodatkiem do religii, podobnie jak dodatkiem do niej jest samorządność i państwo per se (o czym szerzej w innym miejscu). Zaczyna się jednak od szkoły. Zaczyna i kończy. Religijne pobudzenie, stały nadzór ze strony katechetów w połączeniu z czysto praktyczną kwestią wymiaru godzin religii w szkole, skutkują faktycznym przekierowaniem aktywności dzieci od świata wiedzy do świata religii. Szkoła nie jest dziś miejscem zdobywania wiedzy. Jest miejscem, w którym pod pozorem jej zdobywania – dokonuje się religijnej i światopoglądowej indoktrynacji, tak jak w licznych kanałach telewizyjnych wyświetla się reklamy pod pozorem wyświetlania filmów.

Religia w szkole wiele nam mówi o formach współczesnego wyzysku i panowania. Jako taka stanowi wzorzec dla rozwiązań w innych obszarach ludzkiej aktywności – przede wszystkim sfery ekonomicznej. Otóż elementy tegoż wyzysku – aby były przez społeczeństwo akceptowane – muszą być tak absurdalne, aby nie można było racjonalnie w nie wierzyć, uznawać ich faktyczność. Nie sposób przecież uwierzyć, że w środkowej Europie, w XXI wieku, dwie godziny cennego czasu uczniów poświęca się intelektualnej tandecie na granicy zabobonu (zabobonu również w obrębie samego chrześcijaństwa ). A jednak to się dzieje.

W realnej perspektywie czasowej, wraz z całkowicie zasłużoną i „zapracowaną” polityczną śmiercią Janusza Palikota, sojusz władzy i religii jest na polskim gruncie niewzruszalny. Pośród wielu ofiar tegoż systemu dzieci i nauka są ofiarami największymi i niepowetowanymi. Wobec ogólnej zapaści cywilizacyjnej, która już dziś staje się udziałem znacznej części świata, ten stan rzeczy będzie się pogarszał aż do całkowitego kolapsu wiedzy, rozumu i kultury.