Jedną z najbardziej nieznośnych manier językowych, która pojawiła się w języku polskim w ostatnim okresie, jest poprzedzanie imion i nazwisk osób piastujących różnego rodzaju stanowiska, bądź znanych z innych osiągnięć, grzecznościową formą „pan/pani” w sytuacjach, kiedy o osobach tych mówimy w trzeciej osobie. Opisane zjawisko, o ile dobrze pamiętam, przybrało na sile w okresie IV RP. Niestety, mimo zawieszenia tegoż projektu politycznego, nie opuściło już języka.
REKLAMA
I tak składający kwiaty na Grobie Nieznanego Żołnierza Dmitrij Miedwiediew to „pan prezydent Dmitrij Miedwiediew”, takoż samo „pan premier Donald Tusk”, „pan generał broni…”, „pan kontradmirał…”, „pan prokurator” itd. Najprawdopodobniej, gdyby Rosja miała cara, to sumienna telewizyjna lektorka przedstawiłaby go jako „pana cara Iwana jakiegoś tam”, a hiszpańskiego króla Juana Carolsa, jako „pana króla Hiszpanii”.
Najświeższy przykład to uroczystość w Pałacu Prezydenckim z okazji uchwalenia ustawy o orle na koszulkach polskich sportowców. Znany dziennikarz sportowy Tomasz Zimoch stał się zatem „panem redaktorem Tomaszem Zimochem”, a Irena Szewińska – wielokrotna medalistka olimpijska – „panią Ireną Szewińską”. Ta językowa katastrofa przybiera na sile w rzeczywistości gminno-powiatowej, gdzie nikt nie waży się nazwać burmistrza Kowalskiego „burmistrzem Kowalskim”, a wójt Nowak będzie zawsze „panem wójtem Henrykiem Nowakiem”. Na spotkaniach okolicznościowo-patriotycznych z udziałem polityka z pierwszych stron gazet, wojewody, czy jak to ma miejsce w wybranych środowiskach ideowych , redaktora lub historyka (cokolwiek byśmy przez te pojęcia rozumieli) mamy już do czynienia ze stuprocentową groteską „pań i panów”, niemalże uniemożliwiającą formułowanie myśli, bo w każdym zdaniu ów „pan redaktor” musi pojawić się kilkakrotnie.
Z całym szacunkiem dla pana Bronisława Komorowskiego będącego lekarzem, policjanta Tomasza Zimocha, czy Jarosława Kaczyńskiego* prowadzącego „szczękę” na rynku, nie są oni tymi samymi osobami co prezydent Komorowski, redaktor Zimoch, czy prezes Kaczyński. Dlatego mówiąc o nich z należytym szacunkiem, przydajemy im grzecznościową formę „pan”, która nie jest potrzebna premierom, prezydentom, prezesom, generałom, prokuratorom i burmistrzom (choć czasami znajduje uzasadnienie dla wyrażenia płci - „pani premier”).
Maniera udzieliła się również znanym dziennikarzom i publicystom, którzy przez wiele lat byli (mimo wszystko) ostoją poprawnej polszczyzny. W wieczornych gadających głowach zapewne nigdy już nie usłyszymy o premierze Tusku i prezydencie Komorowskim, bo zawsze będą to „pan premier Donald Tusk” „pan prezydent Bronisław Komorowski”, opcjonalnie „pan premier”, „pan prezydent” etc. O ile w mowie ta egzaltacja daje się jeszcze jakoś wytrzymać, to w słowie pisanym jest niemalże odrzucająca.
Jedynie na marginesie warto zauważyć, iż polityczni oponenci, którzy najchętniej powiesiliby rywala na suchej gałęzi, również nie szczędzą sobie owej wyuczonej grzeczności.
Jedynie na marginesie warto zauważyć, iż polityczni oponenci, którzy najchętniej powiesiliby rywala na suchej gałęzi, również nie szczędzą sobie owej wyuczonej grzeczności.
Nie jestem entuzjastą tłumaczenia wszelkich przywar Polaków przez narodowe kompleksy, zdaje się jednak, iż w tym „panowaniu” może tlić się jakaś psychologiczna potrzeba dowartościowania polskiej duszy, która – jak można się domyślać – chciałaby być duszą szlachecką. Możliwe również, że są to jakieś mniej lub bardziej uwikłane anglicyzmy. Najpewniej jednak, to językowe zwierciadło odbijające korporacyjno-urzędniczo-polityczne poddaństwo, któremu tak bezrefleksyjnie poddały się i masy, i elity.
Zostawiając czytelnika z problemem, idę popatrzeć na nagraną uprzednio rozmowę z panem posłem Stefanem Niesiołowskim, przeprowadzoną przez panią redaktor Monikę Olejnik.
_________________________________________________________
* Podobieństwo do rzeczywistych osób jest niezamierzone i przypadkowe.
* Podobieństwo do rzeczywistych osób jest niezamierzone i przypadkowe.
