Zapewne większość czytelników pamięta scenę z filmu „Pulp Fiction”, w której Jules Winnfield (Samuel L. Jackson) pyta drobnego złodziejaszka z fast foodu (Tim Roth) o jego czytelnictwo Biblii, które okazuje się być „nieregularne”. Z moim chodzeniem do kościoła jest podobnie. Być może to właśnie owa nieregularność sprawia, że rzadkie wizyty w świątyni owocują czymś, co można by określić mianem przeżycia religijnego. Nie inaczej było w sobotę – ślub bliskich mi osób, znakomita muzyka orkiestry kameralnej oraz pięknie zaśpiewana Litania Loretańska zrobiły swoje.
REKLAMA
W takich chwilach bardzo żałuję, iż Kościół w istocie rzeczy porzucił głoszenie Dobrej Nowiny (o ile w ogóle kiedykolwiek się tym zajmował) na rzecz społecznego i politycznego zaangażowania, estetycznej tandety i akcji bezpośredniej. Uświadamiam sobie, jak bardzo mi brakuje skupienia, pocieszenia, poczucia wspólnoty wobec tragicznego ludzkiego losu, którą przecież mogłaby nam dawać autentyczna religijność. Myślę, że w tym zagubieniu i poczuciu braku nie jestem sam.
Po krótkim uniesieniu pojawia się refleksja natury etycznej. Patrząc na ludzi zgromadzonych w świątyni, zastanawiam się, czy współczesne społeczeństwa mogą odrzucić to – choćby bardzo powierzchowne - poczucie wspólnoty i towarzyszącą mu „religijną” moralność. A jeśli mogą, to jakimi wartościami chciałyby je zastąpić? Szczerze mówiąc, nie bardzo do mnie przemawia wizja milionów profesorów Kotarbińskich wyznających taką czy inną wersję etyki niezależnej, skupionych w roztrząsaniach nad motywami i skutkami własnych działań. Pokolenie X odchodzi w niepamięć, już niedługo zastąpią je hordy Igreków, którzy również ulegną pod naporem Zetów – niezależnych, niewierzących, silnych, przepełnionych poczuciem mocy i... szczęśliwych.
