Ilość dramatycznych wydarzeń z całego świata, które w sposób całkowicie jednoznaczny wskazują, że to co nazywamy globalnym ociepleniem przyspiesza i jest w całości objęte sprzężeniem zwrotnym innych czynników, nie pozostawia wątpliwości. W ciągu najbliższych lat będziemy świadkami globalnego kryzysu o apokaliptycznych rozmiarach. Kryzysu o charakterze ostatecznym. A jednak życie toczy się niezmienione.

REKLAMA
Po kilku latach zajmowania się tematem klimatyczno-ekologicznej zagłady przestaję mieć jakiekolwiek wątpliwości co do gatunku ludzkiego. To znaczy, żeby nie minąć się z tym, co się chce powiedzieć, nigdy nie miałem co do nas wątpliwości w sensie moralnym. Tym razem chodzi mi o nasz wymiar biologiczny. Oto, przynajmniej na dzień dzisiejszy, nie widzę innej przyczyny stanu upojenia ludzkości, jak całkowicie biologiczną, behawioralną niemożność poznawczego uchwycenia tego, co dzieje się wokół nas. Dla ludzi, jako przedstawicieli gatunku homo sapiens, Ziemia jest wiecznym i bezpiecznym domem, rodzajem raju wyłączonym spod praw fizyki, chemii, biologii. Wyodrębnionym ze Wszechświata, a nawet i to za mało. Wszechświat dla człowieka nie istnieje!
To się rozgrywa na wszystkich poziomach. Od języka, poprzez edukację, przez ekonomię do polityki. Dotyczy biedaków, ludzi prostych, wykształconych, bogatych, nie uznaje podziału na płeć i rasę. Również twarda nauka nie jest od tego wolna, choć statystycznie wypada nieco lepiej. Mimo potężnego wysiłku woli i intelektu, człowiek jest tym samym, czym był dwieście tysięcy lat temu. Wszystko, co dzieje się wokół niego oparte jest na przekonaniach religijnych. Osiem miliardów ultrainteligentnych małp wierzy, że wszystko będzie dobrze. Że będzie wzrost gospodarczy, że problem uchodźców można rozwiązać, że jest za mało ludzi, że można bezkarnie produkować i zabijać miliardy żywych stworzeń każdego dnia, że można ograniczać emisje wydzierając Ziemi resztki ropy i gazu i że równie bezkarnie można robić wiele innych rzeczy. To znaczy prawdopodobnie przestaje już wierzyć, ale ich behawioryzm nie pozwala nie wierzyć.
Nie jest oczywiście tak, że homo sapiens jest tym samym co dajmy na to szympansy. Symboliczne uwikłanie człowieka, nieznane innym gatunkom, w sposób dramatyczny wyodrębnia nas z ich grona. Tyle że, kiedy zobaczy się szympansy ustawiające „religijne” symbole z kamieni, pojawia się myśl, że wraz z jakościowym skokiem inteligencji, życie musi stawać się na tyle nieznośne, że trzeba odnajdywać najróżniejsze sposoby ucieczki przed tym faktem.
Pod koniec XX wieku dla homo sapiens ucieczką stała się patologiczna, kompulsywna, destrukcyjna konsumpcja. Wspierana przez rządy, opisywana jako postęp, możliwa dzięki rozwojowi narzędzi informatycznych. Konsumpcja, która w ciągu trzydziestu lat przemieniła Ziemię w jałową pustynię. To że jeszcze widzimy na niej drzewa, lasy, żyjące oceany jest złudzeniem. Nie ma raczej wątpliwości, że mamy do czynienia z momentem przesilenia i że już za chwilę ten absurdalnie cudowny różnorodny świat zacznie umierać. A my wraz z nim (nie bezkonfliktowo oczywiście).
Piszę o tym dlatego, że pośród wielu zdziwień, jakich doświadcza się w życiu. Pośród tych zdziwień, które w ogóle czynią życie czymś dla nas, to jest największe. Patrzę na nas, na nasze dzieci, na to że zdarza nam się zachowywać jakbyśmy byli dobrzy, że zdarza nam się kochać i że dla tych rzeczy warto było chronić ten piękny absurd. Wiadomo już, że to się nie udało.
Tak. Nie jesteśmy szympansami. Szympansy nie wpadłyby na pomysł regulacji wysychających rzek. Nie wycięłyby i spaliły rosnących wokół siebie drzew. Nie przerobiłyby owoców ziemi po to, żeby najeść się mięsa. Są na to po prostu za mało inteligentne. Ale kiedy już jest się tak inteligentnym jak my, kiedy się mniej więcej wie, jak to działa, to jedyne co pozostaje, to upić się. Upijać codziennie, żeby móc żyć. Do końca.