
W drugiej części „Głupoty denialistów” (przyjaciele sugerują zmianę nazwy serii, żeby brzmiała bardziej po polsku, ale zapomniałem jak) chciałem zająć się koroną denialistycznej głupoty, to jest twierdzeniem, że globalne ocieplenie jest spowodowane przyczynami „naturalnymi”. Tymczasem zwerbalizowane pragnienie jednej z posłanek rządzącej partii, aby deportować gdzieś polskich ateistów, ujawniło jeszcze inne ciekawe pragnienie. W swojej istocie, przepraszam za słowo, denialistyczne. To pragnienie ziemskiego raju, którego ucieleśnieniem jest dziś Kanada.
REKLAMA
Nie jest bowiem tak (choć tak by się wydawało), że denialistami są tylko konserwatywni kreacjoniści. Czy tego chcemy, czy nie, lewica, liberałowie i różnej proweniencji postępowcy również pogrążeni są w fantazmatycznym wyobrażeniu Ziemi jako wiecznego domu. Razem ze swoim permisywizmem, genderyzmem i postępem. Choć statystycznie, w negowaniu faktu antropogenicznej zmiany klimatu, wypadają zapewne nieco lepiej.
Twierdzę bowiem, że wskazywanie Kanady jako ucieczki przed Kaczyńskimi, Trumpami, Putinami i Orbanami jest całkowicie nieprzypadkowe i nie wynika jedynie z faktu, że premier Kanady nosi kolorowe skarpetki i pokazuje się na paradach równości. Podświadomość, która wbrew poglądom werbalizowanym, uwzględnia fakt rychłej zagłady, wskazuje miejsce, które (przynajmniej teoretycznie) wydaje się najbezpieczniejsze. Kanada – wielkie połacie ziemi, lasy, dzika przyroda i relatywnie niskie temperatury, które pozwolą długo jeszcze żyć w warunkach ziemskiego raju, podczas gdy cały świat z będzie z dnia na dzień coraz to bardziej rozgrzanym piecem. W tym kontekście, zestawienie Kanady z wolnością i równością jest jedynie wisienką na torcie fantazmatycznego raju.
Oto europejscy postępowcy wierzą nie tylko w to, że premier Kanady jest najwspanialszym premierem na świecie, ale – zdają się wierzyć – że premier i obywatele Kanady szykują dla 10 miliardów przedstawicieli gatunku homo sapiens (a przynajmniej dla połowy z nich) azyl, w którym będą mogli oddawać się nieskrępowanej konsumpcji, wolności i równości. Wierzą, że drzwi Kanady stoją otworem, wierzą, że Kanada pachnąca żywicą pomieści i wykarmi 5 miliardów wolnomyślicieli, ateistów, liberałów i lewicowców. Wiara ta nie różni ich zresztą w najmniejszym stopniu od ich rewersu, to znaczy kolejnych potencjalnych 5 miliardów religijnych fanatyków, konserwatystów i całej reszty ludzkości niekojarzącej najprostszych naukowych faktów i zależności, której wydaje się zapewne, że może sobie urządzić ziemski raj na północy świata (ale już nie w rozwiązłej Kanadzie).
Co ciekawe, mało kto mówi już o ucieczce do Szwecji, Norwegii czy Danii, które, zanim nastał Justin Trudeau, tradycyjnie pełniły rolę ziemskich rajów. Również ze Stanów Zjednoczonych nikt nie chce uciekać przed Donaldem Trumpem na przykład do Meksyku, ale właśnie do Kanady. Okazuje się, że bezwarunkowa miłość Innego oraz jego absolutna równość nie wytrzymują próby strachu. Postępowcy chcą uciekać przed niepostępowcami do krajów postępowych, względnie takich, które nie za bardzo zapełniły się przedstawicielami homo sapiens z krajów mniej postępowych. Co do zasady.
A jakie są fakty? Fakty są takie, że prócz noszenia kolorowych skarpetek, turbanów i genderowego parytetu w rządzie, Kanada prowadzi na masową skalę działania będące elementem zbiorowego samobójstwa cywilizacji, ludzkości i w ogóle wszelkiego życia biologicznego, na czele z wycinaniem tajgi, wydobycia ropy z piasków bitumicznych i last but not least nie jest w stanie zakazać groteskowego zbędnego okrucieństwa polowań na foki. A w porze letniej trawią ją te same pożary, które wkrótce strawią cały świat. Realność ognia, powiedzmy sobie, realność śmierci, jest jednak niczym wobec kolorowych skarpetek wysportowanego premiera. W realnym świecie Kanada spłonie, tak samo jak Kalifornia i tajga syberyjska, w świecie negacji zagłady, jeszcze przez chwilę będzie rajem. A później. Później ludzie przestaną się kochać.
Ostatecznie Kanada jest tu tylko figurą retoryczną. Ludziom zdaje się, że są dziś na świecie miejsca, w których spokojnie będzie można przetrwać zagładę i (najprawdopodobniej) inni ludzie nie wpadną na jej przetrwanie w tym samym miejscu (na razie wszyscy myślą o Kanadzie). Jak się wydaje, słowo „zdaje się” ma tu całkowicie kluczowy charakter.
PS Mam nadzieję, że mój mieszkający z rodziną w jednym z wielu pięknych miejsc Kanady, przyjaciel po raz kolejny przyjmie tę porcję mizantropii ze zrozumieniem. Któregoś dnia przyjadę i zobaczę.
