Smażymy się w czterdziestostopniowym upale, spada na nas grad „wielkości kurzych jaj albo nawet pięści”, trąby powietrzne zrywają dachy, woda lejąca się z nieba w ciągu kilku minut paraliżuje duże miasta. To nie Afryka, strefa monsunowa, ani Oklahoma czy Kansas w USA. To Polska! Mimo to, wszystko jest OK, a jedyny problem dostrzegany przez dziennikarzy i publicystów to fakt nieubezpieczonych upraw i domów. Temat z pewnością ważny, ale – w świetle zbliżającej się apokalipsy – chyba nie najważniejszy.
REKLAMA
Cały świat podziwia Chiny i Brazylię za rozwój gospodarczy i skok cywilizacyjny. Tutaj zbudowano wielkie miasto, tam wycięto tysiące hektarów dżungli. Wielu ludzi będzie miało pracę i dach nad głową. O konsekwencjach tych wspaniałości dla naszej planety (a w konsekwencji dla nas) nikt nawet się nie zająknie. Zabawne, że jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu produkowano samochody małolitrażowe i na wszystkie możliwie sposoby rozważano wpływ człowieka na naszą – nie tak znowu wielką – Ziemię (nawet jeżeli był to tylko werbalizm). Od czasu ostatecznego triumfu systemu korporacji i utrwalenia względnego dobrobytu w globalnej wiosce roztrząsania te porzucono i postawiono na dobrą zabawę. Nadużywana metafora orkiestry na Titanicu nasuwa się sama.
W tym klimatycznym, póki co niewielkim zamieszaniu najbardziej znamienny (a poniekąd wzruszający) jest fakt, iż najogólniej rzecz biorąc prawica nie wierzy w zmiany klimatyczne, a nieliczni lewicowcy wierzą. Względnie nie wierzy się, że zmiany klimatu powodowane są przez człowieka, co automatycznie zwalnia nas z myślenia na ten temat. Z drugiej strony nawet tak zredukowane światopoglądowo instytucje jak Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej podnoszą, że upał będzie narastał i że woda powoli zacznie się podnosić. Znając jednak ludzką skłonność do wiary we własne poglądy, jestem przekonany, że wielu klimatycznych negacjonistów, będzie kwestionować efekt cieplarniany jeszcze w chwili wydawania z siebie ostatniego „bul bul bul”…
Nazwa mojego bloga zobowiązuje i kiedyś trzeba było do niej nawiązać. Czynię to niechętnie – niełatwo być Kasandrą. Lepiej pisać o Apokalipsie w wymiarze eschatologicznym*. Wtedy nikt nie puka się w głowę, co najwyżej trzeba uważać, aby nie obrazić niczyich uczuć religijnych, o co – jak wiemy – nietrudno.
Pamiętam, że kiedy byłem mały, zaczytywałem się w literaturze marynistycznej. Przypadłość wielu chłopców. Jedną z moich ulubionych książek była niewielka broszurka wydana w serii „Miniatury Morskie” autorstwa Jana Nowaka „Tirpitz – początek końca”. Tytuł ten tak mi się spodobał, że zapewne już zawsze będzie się odzywał w mojej pamięci. Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że podzielę losy niemieckiego okrętu, który zatonął od ciosów ciężkich angielskich bomb Tallboy 12 listopada 1944 roku w norweskim fiordzie Lyngenfjord, zabierając ze sobą dziewięciuset ludzi.
PS Koniec będzie szybszy, niż to się na ogół zakłada. Nasze dzieci i wnuki będą już żyły w apokalipsie trwającej. Wydaje się, że wtedy (w okresie dwudziestu, trzydziestu lat) o naszym życiu będzie decydował nie tylko brak surowców (z tym być może sobie poradzimy) ale przede wszystkim brak wody oraz inne anomalie, jak choćby ginące populacje pszczół. Nie można zatrzymać czasu, to oczywiste - najbardziej uderza jednak całkowita bezrefleksyjność w relacjonowaniu "rozwoju", "postępu", a także mniejszych lub większych katastrof naturalnych, które widzi się jedynie w kontekście poniesionych strat, nieubezpieczonego mienia i fajnego newsa do porannej kawki. Początek końca już się rozpoczął!
* Właśnie taki jest człowiek! Na poważnie i z zaangażowaniem zastanawia się nad tym, co stanie się z jego duszą i ciałem u kresu czasów, nie dostrzegając zmaterializowanej grozy stojącej u drzwi.
