Przepełniony urlopowymi refleksjami natury ogólnej, chciałem po powrocie z wypoczynku przekazać czytelnikowi co nieco z ich abstrakcyjnego ducha. Niestety, już w drzwiach, a dokładniej w monitorze uderzył mnie nie pozbawiony tragicznej zabawności konkret – powróćmy w sądach do przysięgi na Biblię. Pomysł wysunęli na łamach „Rzeczpospolitej” prawnicy Małgorzata Zarychta-Surówka i Wiesław Zarychta.
REKLAMA
Problem świadków opowiadających rzeczy niemające wiele wspólnego z prawdą oraz tych łgających wprost i bez ogródek, jest znany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Obawiam się jednak, że można go rozwiązać bez uciekania się do sił nadprzyrodzonych poprzez całkowicie banalne, materialne i pragmatyczne… ściganie przestępstw składania fałszywych zeznań, czego w praktyce się jednak nie robi. Jest to z pewnych względów zrozumiałe – udowodnienie popełnienia czynu opisanego w art. 233 Kodeksu karnego rodzi bowiem szereg trudności dowodowych, a przede wszystkim zmusza organy ściągania do pracy o naturze logiczno-semantycznej, na którą nie zawsze mają czas, poświęcając się ściganiu czynów konkretnych, znajdującym swoje namacalne odniesienia w świecie realnym – skradzione auto, pobity obywatel, uszczuplona należność podatkowa.
Przysięga na Biblię miałaby przełamać te praktyczne problemy, nakładając na świadka moralno-religijne pęta konieczności mówienia prawdy, bo przecież 90% Polaków to katolicy, przy czym gdzieś w tle wnioskowania pojawia się entymematyczna przesłanka, że każdy katolik to osoba, która po przysiędze na Słowo Boże mówi prawdę (pomijam inne optymistyczne założenie 90%).
Ale, jak uczy historia i doświadczenie życiowe, Polak – katolik poradzi sobie nie z takimi problemami, o czym świadczą choćby coraz liczniejsze przypadki stwierdzenia nieważności małżeństwa sakramentalnego. Z przykładów wyimaginowanych do głowy przychodzi mi oczywiście Andrzej Kmicic, ale być może czytelnik zna inne postacie literackie lub historyczne, które uzyskały rozgrzeszenie za złamanie złożonej przed Bogiem przysięgi. Nie wspomnę już o najprostszym sposobie rozwiązania konfliktu moralnego na drodze spowiedzi.
Wszystko co powiedziano wyżej, można jednak pominąć w świetle prostego faktu o naturze psychologicznej. Miażdżąca większość sądowych kłamców żywi bowiem głębokie przeświadczenie, że ich fałszywa wersja wydarzeń jest najprawdziwszą prawdą. Wynika to z mieszaniny strachu, chęci osiągnięcia korzystnej sytuacji procesowej, zaburzeń percepcji w sytuacjach stresu, a często z najzwyklejszych ludzkich uczuć – miłości i nienawiści – które perfekcyjnie zniekształcają obraz świata.
Przysięga przed Bogiem na nic się nie zda, kiedy kłamca uwierzy w prawdziwość swych kłamstw - problemy logiczne i moralne po prostu nie zaistnieją. W mniemaniu kłamcy patos przysięgi na Biblię będzie dodatkowo wzmacniał prawdziwość wypowiadanych przezeń kłamstw. Świadek taki opuszczając salę sądową w religijnym uniesieniu, będzie żywił przekonanie, że dobrze wykonał swój obowiązek zarówno przed ludźmi, jak i przed Bogiem, a jego sumienie będzie spokojne i kryształowe niczym górskie jezioro.
Kontynuując żartobliwy ton wywodu, poddaję pod rozważenie propozycję dalej idącą – powróćmy do ordaliów i sądów bożych. Nie tylko pozwolą nam one na ustalenie prawdy, ale przede wszystkim ubarwią nudne i przeciągające się rozprawy, dając wszystkim ich uczestnikom niezbędną dawkę ruchu. Zaoszczędzimy również na kosztach, a to argument nie do pominięcia!
