Z dzisiejszego programu porannego znanej stacji telewizyjnej dowiedziałem się od prowadzącego, że najchętniej posłałby swoje dziecko na tenis, ewentualnie na żeglarstwo, bo takie ciężary to już nie – tego się w ogóle nie powinno uprawiać. Przy dźwiękach opadającej szczęki, zastanawiałem się, dlaczego zawsze poddaję się masochistycznej przyjemności oglądania porannych programów w „oglądalnych” stacjach telewizyjnych.

REKLAMA
Prowadzący program z innym popularnym redaktorem (który akurat miał coś ciekawego do powiedzenia) poszukiwał recepty na zapaść polskiego sportu, przy czym po wysłuchaniu pomysłów gospodarza – jeżeli założyć, iż to TV kształtuje w znaczący sposób postawy młodych ludzi – można żywić przeświadczenie, że z Rio przywieziemy połowę tego dorobku, który nadludzkim wysiłkiem udało nam się uzyskać w Londynie.
Słuchając prowadzącego (gość programu jak zwykle został zmarginalizowany), poderwałem się do ekranu i próbowałem tłumaczyć. Słuchaj, stary, sport to pewien wybór, jak wiele innych rzeczy w życiu. Jak zostajesz prawnikiem to będziesz miał żylaki od siedzenia w sądowych ławach, jak będziesz kierowcą to zniszczysz sobie kręgosłup, a jak będziesz sportowcem, to mogą się pojawić kontuzje, zwyrodnienia…, to jest pewna cena, którą musimy zapłacić za to że żyjemy i coś robimy w życiu. Nawet jak będziesz redaktorem, to się w końcu zużyjesz, nic ci tenis i żeglarstwo nie pomoże. Sport to nie tylko polepszanie wyglądu własnego ciała, kondycji i (jakże ważnego) wizerunku, ale przede wszystkim wyzwanie i poświęcenie!
Ale redaktor nie słuchał…
***
Po jakimś czasie, w nastroju przygnębienia, nadwyrężając kręgosłup i szare komórki rozegrałem partię szachów w programie, którego nazwy, nie chcąc lokować produktu, nie wymienię.