Dzisiejsze teksty dotyczące nauczania religii w szkole odebrałem jako wyraz coraz to subtelniejszych form obchodzenia problemu. Byli ministrowie edukacji, Henryk Samsonowicz w rozmowie z Katarzyną Wiśniewską na łamach „Wyborczej”, a Katarzyna Hall na „NaTemat.pl”, sprowadzają zagadnienie religii w szkole do skuteczności nauczania, powtarzając przy okazji świadome błędy, które legły u podstaw decyzji o powrocie religii do szkół.

REKLAMA
Pierwszym jest zestawienie religii z etyką jako dwóch stron tego samego medalu. Założenie jest takie: i na religii, i na etyce uczeń poznaje pewne systemy wartości, które mają uczynić go dobrym. Wartości te, choć ufundowane na odmiennym gruncie, mają być w konsekwencji tożsame. Przykładowo, skoro religia i większość systemów etycznych nakazuje prawdomówność, to zarówno na religii, jak i etyce dzieci nauczą się prawdomówności. Wygląda podobnie, a zatem musi być podobne.
Ale religia to przecież nie tylko kodeks etyczny, nie można go zatem „podmienić” etyką. Z takim stwierdzeniem zgodzą się (chyba) nawet najzagorzalsi zwolennicy religii w szkole. Od biedy można by próbować zastępować religię nauczaniem filozofii jako sposobu myślenia cechującego się objęciem zakresem zainteresowań całości bytu, poznania i zasad działania. Okoliczności te są jednak całkowicie pomijane i służą misternej manipulacji. – Nie chcesz, dziecię (rodzicu), uczyć się religii, ucz się etyki, wyjdzie na to samo. „Błąd” ten pozwala bowiem na na danie ludziom pozornej alternatywy (która i tak istnieje jedynie na papierze).
Drugi „błąd” łączący ministrów to pomijanie faktu, iż wobec religii w szkole tylko umownie możemy używać pojęcia „nauczanie”. Prócz garści zagadnień, jakie obejmuje przedmiot, stanowiących wiedzę z zakresu religioznawstwa, twierdzenia "nauczane" na religii nie są twierdzeniami naukowymi i nie spełniają kryteriów naukowości. Nie jest to wada religii, sprawia jednak, że możemy mówić raczej o jej wpajaniu, niż nauce.
Pewnie dlatego nasze wyobrażenia odnośnie tego, jak lekcje religii mają wyglądać, są odmienne. Ministrowie dają im wyraz – Samsonowicz widziałby nauczanie religii jako coś w rodzaju filozofii, Hall – co bardziej pokrywa się z rzeczywistością - jako „umacnianie w konkretnej wierze”. Profesor chciałby, żeby władza świecka miała jakiś wpływ na dydaktykę przedmiotu, pani minister (ponownie bliżej rzeczywistości) nie dopuszcza takiej myśli. W praktyce w ocenie postępów nauczania zwyciężają kryteria „wiary” (czytaj: czy dziecko uczestniczy we mszy świętej), a nie kryteria „wiedzy”, choćby była to tylko znajomość dogmatyki (jak wyjaśnisz jedność Trójcy Świętej).
Ponieważ zagadnienia konstytucyjności nauczania religii w szkole, akceptacji dla jej nauczania w szkołach, liczby godzin, oraz tego, czy „wprowadzono” ją do szkół, czy tylko „umożliwiono” powrót są przez ministrów w zasadzie rozstrzygnięte, przejdę nad nimi do porządku dziennego, do czego zachęcam również czytelnika.