Dusk
Dusk Zasoby własne.

Redaktor Machała, a w zasadzie, zgodnie z obowiązującą powszechnie formą, Pan Redaktor Tomasz Machała, namawia blogerów, aby nie koncentrowali się wyłącznie na swoich działkach (cokolwiek miałby to znaczyć) i pisali o sprawach, którymi nie zajmują się na co dzień i w których się nie specjalizują*. Niestety, czasami trudno ustalić, co jest głównym obszarem zainteresowań, bo dla jednych życie jest dodatkiem do pracy, a dla drugich odwrotnie, praca dodatkiem do życia.

REKLAMA
Pozostawiając te zagadnienia nierozstrzygnięte, chcę przypomnieć Czytelnikowi płytę, która mieści się w moim prywatnym TOP TEN wszech czasów i ma również tę zaletę, że wpisuje się w apokaliptyczny motyw bloga.
Oto zdarza się, że pewne nieprawidłowości lub braki w codziennym funkcjonowaniu owocują bądź to nowymi interesującymi zdarzeniami, bądź równie twórczymi powrotami do przeszłości. W opisanym przypadku mamy do czynienia z powrotem, do którego zmusił mnie popsuty samochód. Czasowo podmieniłem go na auto wyposażone w odtwarzacz kasetowy.
Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiłem po przejęciu samochodu zastępczego, kluczyków i dokumentów z potwierdzeniem zawarcia umowy obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej właścicieli pojazdów, było sprawdzenie działania odtwarzacza. Działał! Następnie totolotek. Grzebiemy w starym pudle z kasetami i wyciągamy coś na chybił trafił. Tym razem – ku mojej nieskrywanej radości – to The The, album „Dusk”. Potężne i skończone dzieło sztuki uwięzione w porysowanym pudełku i tracącej dynamikę namagnetyzowanej taśmie (fot).
W muzyce zawsze najbardziej interesowała mnie muzyka. Potrafię coś powiedzieć o losach zespołów, muzyków i instrumentów, ale tak naprawdę niewiele mnie to obchodzi. Dlatego niech czytelnik nie liczy na muzyczne „kto w której minucie strzelił”. Dość powiedzieć, że wszystkie kompozycje na „Dusk” napisał Matt Johnson, a piosenki te, mimo upływu czasu, nowych doświadczeń i pogłębiającej się wiedzy, pozostają dla mnie tajemnicą.
Zaczyna się od oksymoronu – tak kłamie tylko prawdziwe szczęście (True Happinnes This Way Lies). Zdecydowanie nie jest to piosenka dla lemingów, myślę, by w chwilę potem usłyszeć, że miłość jest silniejsza niż śmierć (Love is Stronger Than Death) – naprawdę, Panie Johnson, czy naprawdę tak jest!?
Kolejny utwór to dobrze znane Dogs of Lust:
Z każdym kilometrem robi się coraz lepiej. – Każdy wie, co dzieje się ze światem, ja nie wiem nawet, co dzieje się ze mną (Slow Emotion Replay) – na taką prostotę może pozwolić sobie tylko prawdziwy mistrz. Leje deszcz, pewnie dlatego hendrixowski riff Helpline Operator bez problemów teleportuje mnie z nowo wybudowanego odcinka A2 do Londynu, gdzie powrócę do młodzieńczych szczelin samotności. Tak też będzie do końca kasety – coraz smutniej. Wpatrzeni w sodowe światła lamp, będziemy wołać, aby ktoś uratował nas przed nami, a potem popadniemy w dialektyczne zmagania – zmieniać świat, czy siebie, siebie, czy świat...
Kaseta dobiega końca, a ja zjeżdżam z autostrady, by za chwilę znaleźć się w jednym z miasteczek podwarszawskiej prowincji. Tutaj wszystko smakuje jeszcze inaczej, ale zmierzch również jest odczuwalny. Tajemnica „Dusk” pozostaje nierozwiązana. Do dziś nie wiem, czy Matt Johnson, już wtedy, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych (album ukazał się w 1993 r.) wiedział, że to wszystko się kiedyś skończy, czy jeszcze miał nadzieję. Czy warto było wierzyć operatorowi telefonu zaufania, że prawdziwa miłość nadejdzie? Jedno jest pewne, świat jest zbyt duży, a życie zbyt krótkie, żeby spędzić je samotnie.
Posłuchajcie, nie będzie żałować.
________________________________________
*O właśnie tutaj namawia: Pan Redaktor Tomasz Machała zachęca do pisania na tematy różne